poniedziałek, 27 lutego 2012

jestem miłością

dlaczego tak rzadko (from top of my head: Waszka G, Obrońcy Hardkoru, Smarki, Molesta, "Życie Warszawy", "Co z tego masz", Kandydaci na szaleńców, Sport LP) polski rap bywa tak poruszający i przynosi tyle emocji?

czwartek, 16 lutego 2012

nostalgia rock

Spędzam wyjątkowo intensywne koncertowe przedwiośnie - ostatnio koncerty Phantoms, Black Tapes, No Fun, Hotelu Kosmos, 19 Wiosen, Ani Rusowicz, Psychocukru i Peter Hook gra Joy Division. Warszawscy wystylizowani garażowcy mają wszystko oprócz charyzmy, umiejętności i piosenek, jeszcze trochę potrzeba (ponoć jest na takie granie popyt) do napisania choć jednej dobrej. Wprawdzie pierwszy utwór na wystepie No Fun przypomniał mi, jak znakomitym albumem jest Bad Moon Rising, ale potem było tylko gorzej. Fantastyczny Psychocukier ogrywający moją polską płytę roku, solidny, jak na cover band przystało, Hook + The Light. Przygnębiająco nudny (smutne koncertowe wtorki w Jadłodajni Filozoficznej 2006-2009 WRACAJĄ) Hotel Kosmos.

Ciekawą rozmowę z Kubą Ziołkiem przeprowadził Marcin Zalewski / screenagers.pl

Dwadzieścia trzy słowa o polskiej scenie. Co cię kręci, co cię w niej podnieca?

Sceny są wynalazkiem raczej dziennikarzy niż muzyków. Doświadczyliśmy już w Polsce kilku prób stworzenia sztucznych scen i zjawisk muzycznych przez dziennikarzy, także tych „niezależnych”. Myślę, że można je pominąć milczeniem. Podobnie jak i obecne podniecanie się wtórnym i konserwatywnym nostalgia-rockiem dla spragnionych dziejowych doznań i pokoleniowej integracji. Wykorzenienie, sentymentalizm, tęsknota za tożsamością - aby Polska Polską była. Niestety Tusk to nie komuna, a Afro Kolektyw to nie Oddział Zamknięty. „Nic dwa razy się nie zdarza”, tako rzecze noblistka. Kolejna moda, na której kilka osób zbije jakiś drobny kapitał na sztucznie zrobionej koniunkturze, a reszta zapomni za 3 lata. Sprzedaż płyt i koncertowa frekwencja poza Warszawą to zweryfikuje. Dlatego, między innymi, staram się patrzeć przez pryzmat poszczególnych wykonawców. Mogę tylko powiedzieć, że oprócz LADO ABC nie wykształciła się w Polsce żadna naturalna, trwała, skoncentrowana i spójna inicjatywa muzyczna.


Zabolało mnie ppodniecanie się wtórnym i konserwatywnym nostalgia-rockiem dla spragnionych dziejowych doznań i pokoleniowej integracj. Celny diss. Rzeczywiście kibicowanie nadmuchanemu do granic przyzwoitości renesansowi polskiej muzyki (Daleko Od Szosy, Wytwórnia Krajowa, Ania Rusowicz, polonocentryczne blogi, artykuły w mainstreamowych magazynach) wyrażało podświadome pragnienie nowych pokoleniowych hymnów i nowego line-upu na Juwenaliach. Przyznaję, jest to śmieszne, groteskowe, mało fotogeniczne, w erze dzieciaków, których wybory estetyczne definiują werdykty Ziółkowskiego w audycji Szydłowskiej i samorządów uczelnianych dumnych z koncertu Korna na największej studenckiej imprezie - starcze i niepotrzebne, naprawdę łatwo zestawić z cytatem z Jana Pietrzaka.

Z drugiej strony, rozumiem, że wg Ziołka bawienie się w grę wymyśloną przez dzieciaków z klasy średniej z przedmieść Waszyngtonu, swoista nostalgia za Albini-core i tamtą estetyką - #scenabydgoska - to z jakiegoś powodu nad Wisłą strategia bardziej wartościowa/nowatorska od tej eksploatowanej przez Wytwórnię Krajową (wtórny i konserwatywny nostalgia-rock). Mogę się też kłócić, że Nerwowe Wakacje nie grają jak Oddział Zamknięty, a Afro Kolektyw jak Maanam - grają jak artyści, którzy nasłuchali się i OZ i Skaldów, ale też Belle And Sebastian, Modest Mouse czy późnego Paula Wellera w przypadku AK.

Tak samo jak Cieślak dodający do garażówki Stooges/Mudhoney bałtycką neurozę, Kawałek Kulki do wieczorku z poezją śpiewaną niewinność tweepopu, a Starzy Singers czy Psychocukier do jajcarstwa i zappowskiej atonalności Butthole Surfers słowną chuliganerkę łódzkiej czy warszawskiej ulicy (genialny cover pieśni weselnej "Kareta" wczoraj w Kulturalnej na Psychocukrze). No i sa jeszcze dziesiątki projektów z Lado ABC, których w ogóle nie podejmuję się szufladkować, poza Paulą i Karolem - idealnie odnajdujących się w estetyce nu-indie (i tutaj moim zdaniem, oprócz talentu i bezpretensjonalnego podejścia, widać różnicę - Strzemieczny i Bialski takie klimaty czują, wychowali się na nich, nasiąknęli nimi "za młodu", więc nic nie jest z ich strony wysilone).

Autor Uncommon, książki o zespole Pulp, bloger muzyczny i krytyk architektury Owen Hatherleysam powiedział mi: większosć polskich kapel, które miał okazję słyszeć (dość regularnie wpada do Polski) ma problem z naśladownictwem, a sam w ankiecie końcoworocznej dla Frieze Magazine wymienił Ballady i Romanse, a więc, poza wszystkim, kapelę ze składanki "Daleko od szosy" (nostalgia rock do sześcianu).



Drugi ważny fragment wywiadu, tym razem podpisuję się pod nim w stu procentach:

Dla mnie znaczenie ma przede wszystkim całościowe doświadczenie koncertowe, jakie zdarzało mi się przeżywać na festiwalach typu Unsound czy Plateaux, lecz nigdy np. na Offie, z którego pamiętam tylko chaos, gwar, obrzydliwe piwo i kiełbaski, a także plecy jakichś dziwnych ludzi, zza których wyglądało coś, co przypominało żywego muzyka. Ja w ten sposób nie umiem słuchać muzyki, ani przeżywać koncertu. Nie wiem czy konsumpcyjny trend współczesnych festiwali da się przezwyciężyć. Myślę, że one same zaczną się ludziom nudzić. W końcu pewna ostateczna granica zostanie osiągnięta. Słuchacz się nasyci i trzeba będzie zaproponować mu nową, jeszcze większą, jeszcze bardziej spektakularną formułę. Co można zaproponować komuś kto w ciągu trzech dni zobaczył 90 swoich ulubionych wykonawców, wszystkich z najwyższych półek światowych? Pomijam tutaj rzeczywistą wartość większości wykonawców na takich dużych festiwalach. Ta logika jest zabójcza. My z Arturem myślimy innymi kategoriami. Chcielibyśmy skromnie, kameralnie, ale spójnie i z jakąś określoną ideą czy wizją.

#festiwalizacjakultury


czwartek, 2 lutego 2012

your world is night


http://thequietus.com/articles/07838-the-new-bleak


wreszcie ktoś popełnił długo oczekiwany przeze mnie esej o tym, czemu w ostatnich latach w popkulturze coraz więcej jest ponuractwa. zjawisko nieudolnie sugerowałem tutaj

w nawiązaniu do tego tekstu Reynolds na swoim blogu przybliża zjawisko włoskiej psychodelii okultystycznej... http://blissout.blogspot.com/2012/01/why-so-glum-chums-interesting-piece-by.html

wzmiankowana w Quietusowym tekście Grouper... dopiero w ten weekend doczytałem art. o niej w "The Wire", historię dorastania w sekciarskiej chrześcijańskiej wspólnocie w północnej Kalifornii i wpływie tego doświadczenia na mroczny ambientoidalno-folkowy klimat.





na pewno znalazłoby się sporo muzyczno-biograficznych podobieństw z Julianną Barwick, punkt dojścia zupełnie inny, nieodmiennie kojarzący mi się z klimatem filmu "Drzewo życia", wciąż o Liz Harris i o Juliannie Barwick można powiedzieć to samo - cytując jedną z recenzji, this is music that takes you places