poniedziałek, 27 lutego 2012
jestem miłością
czwartek, 16 lutego 2012
nostalgia rock
Ciekawą rozmowę z Kubą Ziołkiem przeprowadził Marcin Zalewski / screenagers.pl
Dwadzieścia trzy słowa o polskiej scenie. Co cię kręci, co cię w niej podnieca?
Sceny są wynalazkiem raczej dziennikarzy niż muzyków. Doświadczyliśmy już w Polsce kilku prób stworzenia sztucznych scen i zjawisk muzycznych przez dziennikarzy, także tych „niezależnych”. Myślę, że można je pominąć milczeniem. Podobnie jak i obecne podniecanie się wtórnym i konserwatywnym nostalgia-rockiem dla spragnionych dziejowych doznań i pokoleniowej integracji. Wykorzenienie, sentymentalizm, tęsknota za tożsamością - aby Polska Polską była. Niestety Tusk to nie komuna, a Afro Kolektyw to nie Oddział Zamknięty. „Nic dwa razy się nie zdarza”, tako rzecze noblistka. Kolejna moda, na której kilka osób zbije jakiś drobny kapitał na sztucznie zrobionej koniunkturze, a reszta zapomni za 3 lata. Sprzedaż płyt i koncertowa frekwencja poza Warszawą to zweryfikuje. Dlatego, między innymi, staram się patrzeć przez pryzmat poszczególnych wykonawców. Mogę tylko powiedzieć, że oprócz LADO ABC nie wykształciła się w Polsce żadna naturalna, trwała, skoncentrowana i spójna inicjatywa muzyczna.
Zabolało mnie ppodniecanie się wtórnym i konserwatywnym nostalgia-rockiem dla spragnionych dziejowych doznań i pokoleniowej integracj. Celny diss. Rzeczywiście kibicowanie nadmuchanemu do granic przyzwoitości renesansowi polskiej muzyki (Daleko Od Szosy, Wytwórnia Krajowa, Ania Rusowicz, polonocentryczne blogi, artykuły w mainstreamowych magazynach) wyrażało podświadome pragnienie nowych pokoleniowych hymnów i nowego line-upu na Juwenaliach. Przyznaję, jest to śmieszne, groteskowe, mało fotogeniczne, w erze dzieciaków, których wybory estetyczne definiują werdykty Ziółkowskiego w audycji Szydłowskiej i samorządów uczelnianych dumnych z koncertu Korna na największej studenckiej imprezie - starcze i niepotrzebne, naprawdę łatwo zestawić z cytatem z Jana Pietrzaka.
Z drugiej strony, rozumiem, że wg Ziołka bawienie się w grę wymyśloną przez dzieciaków z klasy średniej z przedmieść Waszyngtonu, swoista nostalgia za Albini-core i tamtą estetyką - #scenabydgoska - to z jakiegoś powodu nad Wisłą strategia bardziej wartościowa/nowatorska od tej eksploatowanej przez Wytwórnię Krajową (wtórny i konserwatywny nostalgia-rock). Mogę się też kłócić, że Nerwowe Wakacje nie grają jak Oddział Zamknięty, a Afro Kolektyw jak Maanam - grają jak artyści, którzy nasłuchali się i OZ i Skaldów, ale też Belle And Sebastian, Modest Mouse czy późnego Paula Wellera w przypadku AK.
Tak samo jak Cieślak dodający do garażówki Stooges/Mudhoney bałtycką neurozę, Kawałek Kulki do wieczorku z poezją śpiewaną niewinność tweepopu, a Starzy Singers czy Psychocukier do jajcarstwa i zappowskiej atonalności Butthole Surfers słowną chuliganerkę łódzkiej czy warszawskiej ulicy (genialny cover pieśni weselnej "Kareta" wczoraj w Kulturalnej na Psychocukrze). No i sa jeszcze dziesiątki projektów z Lado ABC, których w ogóle nie podejmuję się szufladkować, poza Paulą i Karolem - idealnie odnajdujących się w estetyce nu-indie (i tutaj moim zdaniem, oprócz talentu i bezpretensjonalnego podejścia, widać różnicę - Strzemieczny i Bialski takie klimaty czują, wychowali się na nich, nasiąknęli nimi "za młodu", więc nic nie jest z ich strony wysilone).
Autor Uncommon, książki o zespole Pulp, bloger muzyczny i krytyk architektury Owen Hatherleysam powiedział mi: większosć polskich kapel, które miał okazję słyszeć (dość regularnie wpada do Polski) ma problem z naśladownictwem, a sam w ankiecie końcoworocznej dla Frieze Magazine wymienił Ballady i Romanse, a więc, poza wszystkim, kapelę ze składanki "Daleko od szosy" (nostalgia rock do sześcianu).
Drugi ważny fragment wywiadu, tym razem podpisuję się pod nim w stu procentach:
Dla mnie znaczenie ma przede wszystkim całościowe doświadczenie koncertowe, jakie zdarzało mi się przeżywać na festiwalach typu Unsound czy Plateaux, lecz nigdy np. na Offie, z którego pamiętam tylko chaos, gwar, obrzydliwe piwo i kiełbaski, a także plecy jakichś dziwnych ludzi, zza których wyglądało coś, co przypominało żywego muzyka. Ja w ten sposób nie umiem słuchać muzyki, ani przeżywać koncertu. Nie wiem czy konsumpcyjny trend współczesnych festiwali da się przezwyciężyć. Myślę, że one same zaczną się ludziom nudzić. W końcu pewna ostateczna granica zostanie osiągnięta. Słuchacz się nasyci i trzeba będzie zaproponować mu nową, jeszcze większą, jeszcze bardziej spektakularną formułę. Co można zaproponować komuś kto w ciągu trzech dni zobaczył 90 swoich ulubionych wykonawców, wszystkich z najwyższych półek światowych? Pomijam tutaj rzeczywistą wartość większości wykonawców na takich dużych festiwalach. Ta logika jest zabójcza. My z Arturem myślimy innymi kategoriami. Chcielibyśmy skromnie, kameralnie, ale spójnie i z jakąś określoną ideą czy wizją.
#festiwalizacjakultury
czwartek, 2 lutego 2012
your world is night
http://thequietus.com/articles/07838-the-new-bleak
wreszcie ktoś popełnił długo oczekiwany przeze mnie esej o tym, czemu w ostatnich latach w popkulturze coraz więcej jest ponuractwa. zjawisko nieudolnie sugerowałem tutaj
w nawiązaniu do tego tekstu Reynolds na swoim blogu przybliża zjawisko włoskiej psychodelii okultystycznej... http://blissout.blogspot.com/2012/01/why-so-glum-chums-interesting-piece-by.html
wzmiankowana w Quietusowym tekście Grouper... dopiero w ten weekend doczytałem art. o niej w "The Wire", historię dorastania w sekciarskiej chrześcijańskiej wspólnocie w północnej Kalifornii i wpływie tego doświadczenia na mroczny ambientoidalno-folkowy klimat.
na pewno znalazłoby się sporo muzyczno-biograficznych podobieństw z Julianną Barwick, punkt dojścia zupełnie inny, nieodmiennie kojarzący mi się z klimatem filmu "Drzewo życia", wciąż o Liz Harris i o Juliannie Barwick można powiedzieć to samo - cytując jedną z recenzji, this is music that takes you places