niedziela, 8 stycznia 2012


Vreen Good Luck Ro-man Radio Rodoz

Jandek, Daniel Johnston, Mark E. Smith, Dariusz Dudziński, Wojcek Czern, Piotr Maciejewski... A priori odczuwam sympatię do outsiderów z twórczym ADHD, nawet jeśli nie przed całym ich dorobkiem padam na kolana. Wystarczy jednak to przeczucie, że dany "podmiot artystyczny" w każdej chwili może olśnić.

Nie inaczej jest z Mateuszem Kunickim. Unikalna etyka pracy, klimat, kreatywność, słodkie chwytliwe melodie, poruszające teksty, brak perfekcji jako element estetyki. Wszystko to powoduje, że kolejne projekty Kunickiego składają się w jedną z najbardziej ujmujących "karier" na polskiej scenie ostatniej dekady.

Kolejna już płyta projektu Vreen to z pewnością duży krok naprzód. Paradoksalnie, jej geneza jest wyjątkowo niezobowiązująca. Kunicki założył sobie ułożenie czasie 10 dni ferii zimowych 10 utworów - 1 piosenka dziennie. Wypluł w końcu z siebie 12 utworów plus cover Emiliany Torrini.

Po raz pierwszy posłuchałem Romana na przełomie września i października i leniwe, anegdotyczne banjo a la Sufjan Stevens idealnie zrymowało mi się ze złotą polską jesienią. Taka jest ta płyta - bardzo lokalna i autentyczna we wszystkich tekstowych neurozach i opowieściach o spędzaniu wolnego czasu, relacjach, rozczarowaniach z nimi związanych, i erotycznych fantazjach. "PTTK" to Nerwowe Wakacje plus MKL do kwadratu - historia krajoznawczej wycieczki w okolice Trójmiasta przeplatanej z intymną perspektywą, przejściami związkowymi, zmęczeniem i zniechęceniem życiową sytuacją - całość brzmi poetycko, jednocześnie prawdziwie i smutno. Nie pamiętam tak udanej piosenki po polsku podejmującej kwestie relacji damsko-męskich od tej strony, choć z pewnością na scenie anglojęzycznej są artyści, którzy na ewokowaniu takich melancholijnych stanów rodem z brytyjskich filmów "kitchen sink drama" budowali całe dyskografie.

"Nie sądzę, że coś się tu zmieni / że nagle świetnie zacznie być / przydałby się restart systemu / choć ten jeszcze może być / czuję że czegoś już nie czuję / i gadać już się nie chce się / mecz wygląda na przegrany / choć jeszcze nie rozpoczął się / muszę wyjść" - śpiewa z rozbrajającą szczerością Kunicki w "Nie sądzę". Połowa płyty zawiera takie właśnie, na pozór niezbyt błyskotliwe, jednak do bólu celne obrazki z życia.

Dużo na Romanie śladów muzycznego geekostwa Kunickiego - wycieczek w stronę muzyki brazylijskiej ("Garota"), delikatnego avant-popu a la Jim o'Rourke czy alt-country, a nawet pięknej, romantycznej zamułki a la Sparklehorse czy Cass McCombs ("Ślimaki").

Oczywiście Kunicki nie byłby sobą, gdyby nie odleciał w stronę pastiszu i hermetycznych opowieści, np. o wieczorze spędzonym z grami rpg. Druga część płyty jest słabsza - prawdopodobnie wraz z upływającymi feriami z Kunickiego songwritera uleciało już trochę natchnienie. Końcówka wydaje się już lekko niepotrzebna. Ale to żadna nowość. Może to kwestia tempa pracy, ale Vreen nie nagrał tak naprawdę jeszcze płyty bardzo dobrej, słuchanej przeze mnie na tym samym poziomie zaangażowania od pierwszego do ostatniego utworu. Roman i tak jest z pewnością w ścisłej czołówce jego produkcji, obok "Zapalniczek" i "Szlafrock Superstars" Kevina Arnolda. Na następnej płycie Kunickiego wolałbym jednak - pisałem o tym już 2 lata temu przy okazji płyty projektu Jak Zwał Tak Zwał - delikatnych indie-popów jak "PTTK" czy kompletnie niezauważona "Ballada za 3 złote", a mniej kabaretu.

0 komentarze: