środa, 21 grudnia 2011

goodbye + good luck

z przykrością ale i pełnym zrozumieniem przyjąłem informację o zamknięciu Machiny w jej niskobudżetowej, pdfowej formie. mimo wszystko 6 lat funkcjonowania - to prawie tyle samo co czas istnienia pierwszej wersji tego pisma, które jednak coś w polskiej popkulturze zmieniło.

patrząc na ten fakt szerzej, nie widzę argumentów przeciwko temu, że prowadzenie takich projektów, mających charakter komercyjny i dających różnym tam osobom z ambicjami kulturalno-dziennikarskimi zarobić, a próbujących "organizować dyskurs" (za Marcinem Nowickim), ma w obecnej dekadzie jakikolwiek sens. zresztą, who cares

Violetta Villas, Amy Winehouse, R.E.M., Sonic Youth, Machina, Vaclav Havel, Kim Dzong Il, wiara w neoliberalizm - ewidentnie druga połowa roku 2011 była okresem, w którym zniknęło ze świata sporo zjawisk zajmujących moją osobistą przestrzeń mentalną, ale też popkulturę... w sumie jestem pewien że również tego bloga chcę zamknąć i zacząć coś na nowo. jego nazwa śmierdzi mi od samego początku, kojarzy się z czymś ultrakonserwatywnym (szafy grające jako stały gadżet knajp z lat 80. udających lata 50. ), źle się ją wymawia, mam wrażenie że pod taką nazwą z czystym sumieniem mógłby się podpisać redaktor "Q", fan The National i R.E.M. i Elvisa Costello...(nie żebym nie lubił kilku płyt pana McManusa)

ok, to moja recka Washed Out, z wakacyjnego numeru Machiny-tygodnika, całkiem miła recka

Washed Out Within And Without Sub Pop
4/5


Era wielkich zespołów-instytucji (Radiohead, R.E.M., Coldplay) już dawno za nami. Dziś najciekawsi wydają się być niepozorni, działający w zaciszu domowego studia producenci. Odpowiedzialny za Washed Out, Ernest Greene pierwszy piosenki na potrzeby projektu pisał latem 2009 roku i chyba nie traktował tego hobby zbyt serio. Jednocześnie szukał bowiem „poważnej” pracy i brał ślub. W tym samym czasie uwagę blogów przykuł jego kumpel, Chaz Bundick czyli Toro Y Moi, wciąż w różnych miejscach ogłaszany zbawcą muzyki pop. Obaj wydawali się dostarczać muzykę idealną na czas ekonomicznego kryzysu - nie wymagającą specjalnej identyfikacji, obiecującą za to młodym ludziom ucieczkę w miłe rejony, tj. na plażę, na wakacje, do czasów dzieciństwa zachowanego na polaroidach i w zapomnianych samplach z lat 80. Sztandarowy utwór Bundicka, leniwie płynąca „Blessa” wprost opowiadał o egzystencji amerykańskiego dwudziestolatka: i found a job / i do it fine / not what i want / but still i try

Minęły dwa lata temu i letni chłopcy postanowili się jednak ogarnąć. Bundick nagrał stylowy, zanurzony w latach 70., album. Ernest Greene zaprosił na swój debiut producenta, współodpowiedzialnego za sukces ostatnich płyt Animal Collective i Deerhunter. Podpisał też kontrakt z legendarną wytwórnią Sub Pop. W przeciwieństwie do randomicznie wybranych fot z polaroidów zdobiących jego EP-ki, na okładce „Within And Without” widzimy akt seksualny bardzo ładnych i dobrze sfotografowanych ludzi. Krótki research mówi nam, że to fotografia z „Cosmopolitan” ilustrująca jakieś łóżkowe porady. Taka jest właśnie różnica między Washed Out sprzed dwóch lat a obecnym. Greene sprofesjonalizował działania i z trybu lo-fi przeszedł do hi-res. Pojawiają się nawet partie sekcji smyczkowej i afrykańskie perkusjonalia. Greene przemawia obecnie raczej do publiczności dużych, modnych festiwali (w rodzaju Primavery) niż do wtajemniczonych polujących na wydane w limitowanym nakładzie kasety magnetofonowe. „Within and Without” nagrano z pełnym zespołem. O ile wcześniej postać lidera Washed Out mogła się kojarzyć z wariatami w rodzaju wczesnego Ariela Pinka (który podobnie jak Greene swój ostatni album nagrał z regularnym składem instrumentalistów) czy Steviego R. Moore'a (27 i 28.07 gra koncerty w Polsce), teraz bliżej mu do rozmarzonego synth-popu Cut Copy czy łagodniejszej wersji Friendly Fires. Od obu tych składów Greene jest jednak bardziej melancholijny. Tym nastrojem potrafi grać jak nikt inny. Dlatego „Within and Without” to idealny podkład na urlopowy chill, imprezowy „bifor” czy podobne okoliczności. A że do końca wakacji pozostało jeszcze trochę czasu i aura może wreszcie zacznie nas rozpieszczać, warto stestować urok tej płyty w sprzyjających okolicznościach przyrody.

sobota, 10 grudnia 2011

10.0



Koncertem w Urban Garden, który dla mnie niestety skończył się w połowie występu Baxtera (wcześniej świetna Iza Lach!), Porcys uczcił 10-lecie istnienia. Postanowiłem odświeżyć kilka moich tekstów z archiwum serwisu (do którego pisałem w latach 2005-2008). Przeważnie daleko im do błyskotliwości innych writerów, często widoczny jest też grzech bycia zabawnym na siłę, ewidentna spinka na to, ale pod względem meryorycznym nie mam im wiele do zarzucenia.


recenzja The Fall


Sally Shapiro "Jackie"

Bob Dylan Modern Times -- * tutaj inside joke, dla którego kontekstem jest postać Andrzeja Budy. proszę mnie nie brać za antysemitę!!!

Television Personlities My Dark Places

Follow My Back "Pay For Your Grave"

Przyzwoitość "Kulki śmierci"


R.E.M. - recenzja i playlist

Wiley "Wearing My Rolex"

Stereo Image "Red Nights"

Juan MacLean, "Happy House"

Setting The Woods On Fire - live

Alela Diane"The Rifle"

Płyny "Limassol"

Ladybug "Hay On Fire"

Artur Rojek "Cisza i wiatr"

The Others s/t

Contemporary Noise Quintet Pig Inside the Gentleman

September Collective September Collective

Nurt "Syn strachu"

Scritti Politti Early

PSAPP The Only Thing I've Ever Wanted

Feeder Pushing the Senses

LU:D This Is Nighttime

Kode9 Memories of the Future

Mats Gustaffson & Sonic Youth Hidros 3

relacja z koncertu Wrens

Płyny "Rower-kosmos"

Przyzwoitość "Legutko"

Beth Orton Comfort of Strangers

Sambassadeur Migration