
LP zamiast EP
Miałem zamiar zachwycić się debiutanckim krążkiem łódzkiego Psychocukra. Internetowi znajomi usilnie nękali mnie informacją, że trio z „polskiego Manchesteru” gra porywające koncerty a materiał na ich debiutancki album to największa post-punkowa bomba od czasu debiutu CKOD. I w pewnym momencie niemal w te zapewnienia uwierzyłem. Mieli rację jednak Public Enemy: don't believe the hype. Debiut Psychocukru to jedna ze świeższych polskich rockowych płyt tego roku, ale z zachwytami mimo wszystko bym nie przesadzał. Przede wszystkim nie mogę zgodzić się z tym, że różni się to granie jakoś bardzo od transowego rocka, lata temu praktykowanego na pewnych etapach karier przez grupy takie jak Ścianka, Ssaki, Ewa Braun, Apteka czy Pogodno. Hałaśliwie gitarowo-perkusyjne jamy prezentowali też na Rock-a-bubu Starzy Singers, robili to jednak dużo ciekawiej. Pojawiły się na na Małpach morskich dodatkowo dance-punkowe inspiracje, słychać fascynację prymitywnym rockandrollem (albo noise-popem) spod znaku The Jesus And Mary Chain ( nazwa grupy została zaczerpnięta z klasycznego debiutu Szkotów Psychocandy) czy Velvet Underground. Tą drugą formacją wyciera sobie twarz dziś niemal każdy garażowy zespół.
Porównałbym ten krążek do bardzo nierównego debiutu wspomnianej już grupy Pogodno. Gdyby więc z 9-piosenkowego materiału ułożyć 5-piosenkową EP-kę, powstałaby rzecz bardzo dobra (moje typy: "Harry J", "Afendykylis", "Częściowa awaria podstacji", "Małpy Morskie" i "Lśnienie"). Niestety świetne momenty przeplatane są mniej przekonującymi (np. rewelacyjny „refren” "Orbisona" poprzedza nudna zwrotka, otwierający płytę "Ametyst 104" razi banałem). W efekcie płyta to raczej zawód – krążek, któremu do rewolucji jednak bardzo daleko. Fajnie jednak, że jest w Polsce solidny zespół mający takie, a nie inne inspiracje, który nie przynudza (Małpy morskie trwają ledwie 30 minut) i wciąż pokazuje przebłyski wielkiego potencjału.
["Lampa", maj 2007]
0 komentarze:
Prześlij komentarz