czwartek, 1 września 2011


Bryan Ferry „Olympia” EMI
(4/5)


Na okładce nowej płyty Bryana Ferry'ego pojawia się Kate Moss. Lista stricte muzycznych gości obejmuje pokaźną listę ikon - od Briana Eno przez Davida Gilmoura z Pink Floyd po Johna Greenwooda z Radiohead. Projekt Ferry'ego onieśmiela rozmachem. Zapewne dokładnie tak miało być – na bogato. Skąd te zapędy? Całą karierę autora „Girls And Boys” można czytać jako odreagowywanie klasowego pochodzenia. Podobnie jak wielu brytyjskich rockmanów lat 60. i 70., Ferry urodził się w bardzo biednej rodzinie robotniczej z północy Anglii. Miał to szczęście, że w szkole artystycznej poznał muzyków, z którymi założył Roxy Music, m.in. muzycznego wizjonera Briana Eno.
Na pierwsze oblicze Roxy Music (debiut w 1970) składały się wszelkiego rodzaju ekscesy dźwiękowe i wizualne – agresywne przepowiadające punk-rocka riffy, szokujące stroje, teksty pełne aluzji do perwersji Markiza de Sade i gry intelektualne, np. nawiązania do mitologii celtyckiej i greckiej. Roxy Music byli na początku lat 70. obok Bowiego i Pink Floyd najpopularniejszymi artystami w Wielkiej Brytanii.
Po odejściu Eno zespół ewoluował w mniej dziką stronę - na okładkach płyt (jak na ikonicznej „Country Life”, 1974) zagościły na dobre roznegliżowane modelki, utwory zespołu były wymuskane i oparte na syntezatorach. Teledyski działy się w kapiących od złota pałacowych salach (choćby przepiękne wizualnie „Avalon”). Bryan Ferry prezentował się zawsze z nienagannym szykiem, idealnymi włosami i czarował smutnym tajemniczym spojrzeniem. Jego szlachetny wokal przywoływał tęsknotę za muzyką pop sprzed ery beatlemanii – delikatną, zmysłową, pozbawioną ekscesu.
Jako artysta solowy Ferry początkowo nie rozczarowywał i nagrał kilka świetnych albumów (m.in. wydane w przerwie od działalności w Roxy Music„Another Place Another Time” w latach 70. i „Boys And Girls” w następnej dekadzie). Później jego gwiazda mocno przygasła. Ostatnia płyta z coverami Boba Dylana była adresowana chyba do najbardziej wytrwałych jego fanów.
Jak to z mistrzami bywa – raz na jakiś czas następuje powrót do wielkiej formy. To pierwszy od 16 lat solowy album byłego lidera Roxy Music z przeważający autorskim materiałem. Tylko dwie piosenki są coverami („Song To Siren” to oryginalnie Tim Buckley, a „No Name, No Number” - zespół Traffic). Mimo imponującej listy gości, album wydaje się być bardzo spójny. Być może dlatego, że w w „Olympii” znaczący udział miało trzech kolegów z Roxy Music (w tym sam Brian Eno, a także saksofonista Mackaye i gitarzysta Manzanera). Ma to pewnie jakiś związek z plotkami o reaktywacji zespołu. Płyta chwilami brzmi więc jak pierwszy od ponad 20 lat album Roxy Music. Jednak właściwie każdy gość wnosi do kompozycji na „Olympii” coś unikalnego. Płyta jest naprawdę różnorodna. Wyprodukowane przez Scissor Sisters „Heartache By Numbers” to elegancki klawiszowy pop zaaranżowany z rozmachem godnym tak przywiązującego wagę do otoczki jak Ferry. Tęskne „Me Oh My” zawiera np. odwołania do balladowego soulu. Singlowe „You Can Dance” nie ma nic wspólnego z banałem pewnego telewizyjnego programu – to mroczny i zmysłowy taneczny numer (piosenka zresztą powstała na zamówienie pewnego ekskluzywnego klubu w Las Vegas). „Song To The Siren” zaaranżowane według Ferry'ego przypomina nieco staromodnie ale pięknie brzmiący dziś album „Avalon” (1982). Za to „Shameless” oparte jest na bicie, który spokojnie poradziłby sobie w klubach grających bardzo współczesną muzykę taneczną. Ferry udowadnia więc, że nie bez powodu jest uznawany za jedną z największych ikon brytyjskiej kultury popularnej. Mimo że współcześnie brytyjska muzyka pop jest zdominowana przez programy audiotele w rodzaju X-Factor i wykreowanych w ten sposób bezpłciowych piosenkarzy, to jest na niej cały czas miejsce dla prawdziwych osobowości.

["Machina", grudzień 2010, wersja przed redakcją]

2 komentarze:

Kuba A pisze...

Tego Jeffa Buckleya poprawili? :)

Piotrek pisze...

aaaaa masakra, dzięki.