środa, 21 września 2011

the band that was my life




Wreszcie zacząłem w ten weekend czytać książkę Michaela Azerrada Our Band Could Be Your Life - historię najważniejszych amerykańskich kapel niezależnych lat 80 - od Black Flag do Mudhoney. Nie byłoby opowieści o amerykańskim undergroundzie rockowym bez enigmatycznego post-punkowego kwartetu z prowincjonalnego miasta Athens w stanie Georgia - albo byłaby to opowieść zupełnie inna. Dla mojej historii ważniejsze jest jednak to, że dziś nie zajmowałbym się tym, co w końcu w kategorii #obsesja wygrało u mnie z zajawkami typu sport i granie w kapeli - pisaniną o muzyce popularnej. R.E.M. nie tylko było moim soundtrackiem w różnych kiepskich i całkiem szczęśliwych chwilach, ale też "oknem" na muzykę, do której w późnych latach 90. nie było łatwo się dostać i o której nie mówiło się nad Wisłą zbyt wiele: Patti, Velvetów, B-52's, Ramones, Husker Du.

Do płyt R.E.M. przez ostatnie kilka lat nie wracałem prawie w ogóle - rzadko słuchałem ich w całości. Zmęczenie tematem, stopniowa zmiana gustu, za dużo skojarzeń z 15-letnim mną. Ale przynajmniej kilka utworów z ich repertuaru nigdy nie da mi spokoju. Poniżej radykalnie okrojona lista.








Sam pewnie nie będę czuł się na siłach, żeby napisać o R.E.M. coś 1)większego, 2) odkrywczego i 3) nadającego się do czytania. Ale na pewno Stipey i koledzy przez następne tygodnie będą kanonizowani i omawiani do mdłości, więc postaram się pozbierać co ciekawsze linki, tribute'y, analizy itd. Lektura obowiązkowa na chwilę obecną: popsongs.wordpress.com.
Fun fact: nie dalej jak dziś rano rozmyślałem, jak zareagowałbym na informację, która jest przyczyną tej notki. I stwierdziłem, że to chyba najwyższy czas.







0 komentarze: