W jesiennej ramówce TVP Kultura przygotowano nowy talk-show znanego krytyka muzycznego, Borysa Dejnarowicza, "Warto wkurwiać".
http://www.t-mobile-music.pl/opinie,4064,sama_tresc_poznaliscie_cudze_czas_pochwalic_swoje.html
Namacalnym dowodem rzeczonej zmiany orientacji i paradygmatu jest sukces, jaki w omawianym środowisku odniósł projekt Nerwowe Wakacje, ze swoim debiutem zatytułowanym nomen omen "Polish Rock" i wydanym we własnej Wytwórni Krajowej. W polskojęzycznym repertuarze formacji można doszukać się fuzji doświadczeń amerykańskiego indie rocka z wrażliwością wyhodowaną na słuchaniu od głębokiego dzieciństwa Czerwonych Gitar, Skaldów czy Perfectu. Zostawiając na boku fakt, że to po prostu kolekcja świetnie napisanych, poruszających piosenek, oczywiste jest, że wrzawa wokół tego albumu bierze się z pewnej potrzeby chwili, wynika z zeitgeistu. Pamiętam doskonale, że kiedy grupa udostępniła swoje pierwsze kawałki w 2007 roku, wielu reprezentantów tego PULP-owego środowiska kręciło nosem: "My tu walczymy o nawiązanie dialogu ze światem, a facet robi taki krok wstecz do estetyki, którą mieliśmy od dziecka". Dziś wielu z tamtych malkontentów pieje z zachwytu nad Nerwowymi Wakacjami. Ale do tego trzeba było krok po kroku przygotować grunt. A to z kolei rozegrało się dwutorowo.
Post mojego znakomitego kolegi mija się z prawdą, rzeczywistością i poczuciem proporcji w tylu miejscach, że postanowiłem w ten przepiękny poniedziałek jakoś go skomentować. Skusił mnie link na facebookowym profilu Nerwowych Wakacji i temat: muzyka polska. Esej łyknąłem w kilka minut, sapiąc i machając kończynami - nie mogąc przeżyć tak efektownie spieprzonego opisu pewnego zjawiska na polskiej scenie muzyki niezależnej.
1. jaranie się starą polską muzyką (czy jakimkolwiek wycinkiem popowego krajobrazu uznawanego za cheesy, niefajny, do ponownego odkrycia) od zarania internetowej krytyki służyło budowaniu komunikatu, który można streścić mniej więcej tak: "patrzcie+podziwiajcie jaki mam wyrafinowany gust, o ile ciekawszy niż wasz, jaki jestem nieszablonowy". to oczywistość, ale przypomnijmy krótko, jak dotarliśmy do punktu, w którym wyłapywanie zapomnianych popowych perełek jest standardowym gestem, sposobem na wyróżnienie się spośród masy opinii.
ten fenomen, o ile pamiętam zaobserwowałem gdzieś na etapie Dismemberment Plan i playlist Travisa Morrisona, którego słabość do popowych hitów stopniowo przejmował Pitchfork. Potem Dejnarowicz przeszczepił podejście starszych amerkańskich kuzynów (indie + mainsreamowy pop) na polski grunt, czego kamieniem milowym jest tekst o Papa Dance jesienią 2004. Jeśli ktoś krytykę muzyczną traktuje poważnie (a w przypadku Dejnarowicza nie ma wątpliwości, że tak jest), musi świadomie budować pole wpływów. W procesie jego zaznaczania nie ma nic skuteczniejszego niż przypomnienie zapomnianego, uważanego za obciachowe,zjawiska. A szczerze mówiąc, za dużo widziałem "w tej branży" markowanego entuzjazmu, żeby patrzeć na to mniej cynicznie.
W świetle powyższego, utrzymywanie, że dopiero od niedawna polska muzyka ma wśród opiniotwórczego (albo do takiego aspirującego) targetu lepszą prasę i że nastąpił jakiś radykalny zwrot ku lokalnej tradycji to twierdzenie bardzo dla mnie zgrzytające. Zdaniem Dejnarowicza - niewymienieni z nazwiska "szeregowi" liderzy opinii (gdyby BD był prawicowym publicystą, pewnie napisałby "lemingi", bo przez jego teksty przebija to samo poczucie wyższości) - nie zauważali polskiej muzyki wcześniej i była potrzebna zmiana trendu. Ten fragment to w gruncie rzeczy łatwy do przeczytania zabieg: "stoję niewzruszony w miejscu pewnych sądów estetycznych, a wszyscy inni są jak chorągiewki". Dejnarowicz po raz kolejny odsyła do kąta aspirujących blogerów, obserwuje z dystansu, targa za uszy etc. etc., a wierni czytelnicy z forum Porcys, gościnnie na EMG, komentują: "jakie to ciekawe. pozdrawiam!".
Kwestia proporcji. Projekty takie jak kompilacje "Polish Funk", mikstejpy w wykonaniu kolektywu "Kosmiczne pyry" czy projekt Nasi Starzy (odświeżający w rewelacyjny sposób klasyki polskiej piosenki młodzieżowej 60s/70s), reedycje Zdroju Jana czy nowe wersje polskich garażowych piosenek z lat 60. to tylko przykłady pierwsze z brzegu i tak naprawdę kolejna fala PRL-owskiej retromanii.
Obecne spojrzenie w przeszłość z ograniczeniami krytyki internetowej (czyli spadającą opiniotwórczością), wbrew temu co pisze Dejnarowicz, łączy niewiele. Więcej ma wspólnego natomiast z zainteresowaniem pozytywnymi stronami PRL-owskiego dziedzictwa, po 2 dekadach raptownej modernizacji i bezkrytycznego zapatrzenia w Zachód. Odkrywanie polskiego popu wpisuje się w ten sam nurt kuratorsko-nostalgiczny, co projekty Muzeum Sztuki Nowoczesnej, albumy fotograficzne Mikołaja Długosza czy Maurycego Gomulickiego, fascynacja modernistyczną architekturą sprzed kilku dekad i różne sposoby animowania modernistycznych ideałów - początki nowego ruchu spółdzielczego czy grupy aktywistów broniących perełek architektury. Jasne, że to zeitgeist, ale chyba jednak w szerszym rozumieniu niż chciałby tego Dejnarowicz. Dla mnie kluczowa jest ta wypowiedź Jacka Szabrańskiego z Nerwowych Wakacji:
Warszawa była kiedyś miastem architektury. Socrealistycznej, ale jednak architektury. Nie było tylu reklam i zgiełku. Był pewien rytm, pewne kształty, zieleń, kolor kwiatów (bo oczywiście w przeważającej części było to miasto potwornie szare). Jeśli myślę o takich wydarzeniach jak pochody Wojska Polskiego, to w takim moim lirycznym wspomnieniu, były to wydarzenia kolorowe i przejrzyste. To doznanie nie było zakłócone ilością bodźców, którą obserwujemy teraz. W tej chwili mam wrażenie, że w mieście z każdej strony atakuje mnie 1000 reklam. Wtedy każdy drobny kolor był czymś niezwykle cennym
Co do spadającej opiniotwórczości serwisów internetowych i blogów - nie chodzi tylko i wyłącznie o technologię (czyli nieograniczoną dostępność muzyki, rozlaną na cały akapit w tekście Dejnarowicza), co zapoczątkowany przez adresata mojej polemiki model krytyka muzycznego. Po prostu zasięg rażenia recenzenta-buca nigdy nie będzie zbyt duży, bo przeciętnego fana muzyki szybko to zniechęca a ci, których zmobilizuje do zdobywania wiedzy muzycznej, wkrótce sami pragną wcielić się w próżniaków, których niedawno czytali. Wyczuwam tu lekko tylko zaznaczoną tęsknotę (oczywiście lepiej zachować pozory luzu) za pozostaniem naczelnym guru liderów opinii (a więc de facto za podtrzymaniem chorej sytuacji, unikalnej prawdopodobnie w skali światowej).
2. Co do rzekomego zwrotu w recepcji muzyki Nerwowych Wakacji: nie przypominam sobie opinii jak ta zacytowana w tekście. Od samego startu projekt miał bardzo dobrą prasę i 100-procentowe wsparcie środowiska. Nawet w wątkach na forach Strawberry Fields, zawsze pełnym agresywnych wypowiedzi Porcys czy Screenagers negatywnych opinii na temat NW właściwie nie było. Stosunek PULP do polskiej muzyki również wyglądał inaczej niż nakreślono to w tekście. Pismo na początku 2008 roku wydało materiał o "scenie neobigbitowej" - grupach Maki i Chłopaki, MKL, Kawałek Kulki, Nerwowe Wakacje. Jeśli tylko w kraju działo się coś interesującego, PULP chętnie o tym pisał.
3. W sumie nie moja sprawa, ale zdaje się, że wiele osób analizy Dejnarowicza bierze całkiem na serio. Warto pamiętać więc o jego ciekawym filtrze na rzeczywistość. Odnoszenie się w kółko do swoich znajomych (jak świetnej muzyki by nie robili) w kontekście inspiracji lokalną przeszłością, przy ignorowaniu projektu takiego jak "Daleko od Szosy" czy nowej płyty Muzyki Końca Lata i tradycyjnych połajankach w kierunku pisma "Lampa" (wspierającego ciekawą kulturę w tym kraju od wielu lat, bez patrzenia na trendy i zeitgeist) jest przewidywalne i strasznie, strasznie słabe.
Trzeba naprawdę dużo złej woli albo bardzo powierzchownego zbadania zjawiska, o którym się pisze, żeby nie znaleźć w swoim tak rozwlekłym materiale miejsca na wzmiankę o wspomnianych zjawiskach. W końcu to MKL ma w repertuarze koncertowym covery ABC, Budki Suflera i Klenczona, a wokalista grupy Bartosz Chmielewski przyznaje się od wielu lat do fascynacji polskim bigbitem, popem i rockiem lat 60/70. Ciekawostka: gdy całkiem niedawno Chmielewski zasugerował serwisowi Screenagers zrecenzowanie płyty z nieznanymi utworami grupy Skaldowie ("polscy Beach Boysi"), spotkał się raczej z chłodną reakcją.
Podobnie słabe są ostatnie lekceważące wypowiedzi Dejnarowicza w kierunku grupy Tin Pan Alley czy wcześniej Dick4Dick. Wolałbym nie myśleć, że to z powodu osobistych animozji z liderami wszystkich trzech ww. bandów. Niestety jakoś to podejrzenie nie może mnie opuścić. Nie rozumiem też, jak ktoś, kto dostaje robotę napisania notek dla Kongresu Kultury Polskiej o ostatnim 20-leciu polskiej muzyki (i fajne zadanie topi w wykładzie swoich hermetycznych, kompletnie nieprzystających do obrazu polskiego popu, przekonań) czy omawia lokalną muzykę w felietonie dla Era Music Garden, nie ma jednocześnie żadnego problemu z regularnym generowaniem na wątłej scenie niezależnej takiej ilości gnoju i spinki. Tu nie chodzi o "odwagę w wygłaszaniu opinii" (czym zawsze Dejnarowicz tłumaczy kontrowersje wokół własnej osoby), tylko szacunek i powstrzymanie się od biernej agresji. Teksty Borysa odnoszące się do polskiej sceny niezależnej są po prostu orgią zachowań pasywno-agresywnych.
Przykład skrajnie odmienny i nastrajający bardzo optymistycznie to wypowiedzi muzyków Nerwowych Wakacji czy wspomniany projekt "Daleko Od Szosy". Tylko że to wszystko dzieje się kilka lat po "out of ideas", parodiowaniu Anny Gacek, recenzji Graftmanna i kilku jeszcze momentach intelektualnej przenikliwości polskiej "niezal-krytyki".
4. Sporo racji ma środowisko "Lampy", utrzymując, że anglojęzyczni wykonawcy z Polski, najczęściej nie mają nic do powiedzenia. To dla mnie dość oczywiste. Większość polskich grup śpiewających po angielsku nie jest ani trochę ciekawa. Koślawy język lengłidż maskuje brak osobowości i kurczowe trzymanie się podpatrzonego na zachodzie stylu. Oczywiście jest sporo grup, których kompozycje i teksty angielskie bardzo cenię i które jednocześnie niespecjalnie wyróżniają się charyzmą, należy do nich choćby... Newest Zealand (lektura tekstów NZ to jedno z moich ostatnich objawień, jestem też podekścytowany nowymi kilkoma nowymi piosenkami Dejnarowicza). Tak się składa, że rozmowa na żywo o muzyce z BD, bez podwójnych gard i kolejnych zabiegów erystycznych, które stosuje jako autor, potrafi być fascynująca. Pomijając ten odosobniony przykład, brak charyzmy, brak kreatywności tekściarskiej, najczęściej wiąże się z robieniem nudnej muzyki.
W akapicie skupiłem się na osobowości a nie "muzyce", bo to ta nieprecyzyjna kategoria, pośrednio wskazuje na to, czy generowane dźwięki są ciekawe. Być może to moje dziennikarskie skrzywienie, podejście, które kultywowane jest w mediach muszących stale pisać o czymś nowym, szukających chwytliwych wypowiedzi i socjologicznego "tematu". Ale jeśli ktoś asekuruje się angielskim tekstem (ułożenie czegoś dobrego po polsku jest, jak wiadomo, 100 razy trudniejsze), a w wywiadzie nie potrafi sklecić 3 niebanalnych zdań, można to uznać za pewne wskazanie jego inteligencji, a więc i umiejętności tworzenia artystycznego przekazu. Natomiast chłodna analiza, ocenianie songwritingu, w ogóle do mnie nie trafia. Przekonałem się już wielokrotnie, że przykłady rzekomego piosenkopisarskiego kunsztu, zostawiają mnie kompletnie obojętnym, a brakującym elementem może być właśnie osobowość. Zawsze chodzi o coś więcej niż układ dźwięków w czasoprzestrzeni.
5. Stara polska muzyka i jej aktualność jest dowodem na to, jak dla jakości tej dziedziny sztuki ważne jest wszystko to, z czego regularnie drwi Dejnarowicz - ekspresja, brzmienie, szczerość, piękne literacko i zaśpiewane z wdziękiem teksty. Nawet zespół Wrak, moim zdaniem mocno przeceniany (reklamowanie tego obskura jako "zapomnianej perełki" to idealny przykład na budowanie pola wpływów, o którym pisałem w punkcie pierwszym ), miał w sobie lekkość - zarówno wokalną jak liryczną (choć oczywiście o głęboki przekaz muzykom ze Słupska niespecjalnie chodziło), której dzisiejszym polskim adeptom funku kompletnie brak.
Od dawna zastanawiam się, z czego wynika to, że kiedyś ekspresja muzyczna polskich artystów pop była porywająca i do dziś pozostała aktualna - z profesjonalnego przygotowania aktorskiego i scenicznego, które nabywali oficjalnie rejestrowani muzycy? pisania tekstów przez poetów? większej liczby osób śpiewających, ich bardziej naturalnego obcowania z własną cielesnością, braku wstydu (przecież stąd się m.in. bierze fenomen czarnego soulu)? prostszej, a więc wymagającej lepszego warsztatu aparatury nagraniowej? pozytywnej roli kościoła (przypomina mi się wypowiedź El Perro Del Mar na temat tego, jaki wpływ na szwedzki indiepop miał tamtejszy kościół protestancki)? mniejszej ilości kompleksów wbijanych do głowy przez zapatrzonych w zachód twórców opinii, "zabraniających" wyrażać się artystycznie w określony sposób? upadku artystycznej edukacji? wymogów rynku muzycznego próbującego dostroić polski pop do globalnej sceny (pierwsze co przychodzi mi do głowy to dekada grunge'owego patosu, potem nieudolne soulowe zawodzenia)? Wszystko to są hipotezy. Efekt, który obserwuję, jest w każdym razie taki, że polska pop-wokalistyka znajduje się w okropnym stanie, co tłumaczy, dlaczego na dokonania Skaldów, Klenczona, Pefectu, Janerki patrzymy z taką nostalgią.
6. Zespołu Maanam nie trzeba było specjalnie rehabilitować. Oficjalną ekspresją 00s był prawdopodobnie nowofalowy nerw, który w Polsce zapoczątkował właśnie Maanam. Pierwsze albumy grupy zawsze znajdują się w wyliczankach najlepszych wydawnictw polskiego rocka. Dość utrwaloną opinią jest też kiepska forma Maanamu w następnej dekadzie.
niedziela, 5 czerwca 2011
sama to streść
Etykiety:
blogi,
Borys Dejnarowicz,
indie,
krytyka muzyczna,
Muzyka Końca Lata,
nerwowe wakacje,
Polska,
retromania
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
3 komentarze:
Sprostowanie odnośnie rzekomej niechęci Screenagers do pisania o Skaldach: rzeczywiście, w PRYWATNEJ korespondencji Bartek zasugerował luźno, byśmy się zainteresowali nowym wydawnictwem z niepublikowanymi wcześniej nagraniami tego zespołu. Pomimo naszej sympatii dla Skaldów, Screenagers w zasadzie nie publikuje recenzji reedycji, wydawnictw historycznych itp. Taka też była odpowiedź jaką dostał Bartek, razem z - o ile pamiętam - podziękowaniem za bądź co bądź cenną rekomendację (a więc stwierdzenie o "chłodnej reakcji" jest raczej bezzasadne).
Robienie z tej, raz jeszcze podkreślam, PRYWATNEJ wymiany ZAJAWEK jakiegoś argumentu w sprawie, wydaje mi się co najmniej niewłaściwe. Tym bardziej, że - oceniając Twoją wypowiedź Piotrku po stężeniu bezpardonowej krytyki w niej zawartej - niezależnie od intencji z jaką wspomniałeś sugestię Bartka, wygląda to tak jakbyś zarzucał nam złą wolę zarówno w pisaniu o Skaldach, niepisaniu o Skaldach, jaraniu się polską muzyką i niedostatecznym jaraniu się polską muzyką.
Reasumując, robienie z nas jakichś nygusów, którzy olewają życzliwą propozycję współpracy jest trochę niesprawiedliwe.
gdybym dostał taką sugestię, pewnie mocno bym się zapalił do napisania o tej składance.
nie zarzucam Wam złej woli, tylko oceniam, że jeszcze daleko do sytuacji ogłaszanej w tekście, który atakuję - wielkiego renesansu zainteresowania archiwaliami polskiego popu. Chmielewski, wspominając o tym, był raczej rozczarowany. ja też zdecydowanie wolę przeczytać recenzję płyty z nieznanymi kawałkami kapeli takiej jak Skaldowie niż bandu z zagranicy, która najczęściej niewiele wnosi. jeśli chodzi o polskie reedycje, to zasada, którą wprowadziliście jest moim zdaniem szkodliwa (skąd tekst o Maanamie w takim razie?). bo polska muzyka na nadmiar archiwaliów nie cierpi (albo nikogo one nie interesują).
Ojej, no a Paweł się akurat nie zapalił, może na przykład był w połowie pisania Hagiografii albo ogarnialiśmy podsumowanie roku - trudno stwierdzić. Też jestem zdania, że zanim napisze się o drobnostkach (obskury Skaldów), to warto uporządkować przestrzeń, w której się poruszamy - i temu służyć będzie planowane na Scr. polskie podsumowanie wszech czasów.
Zetknąłeś się Piotrze z tyloma różnymi mediami na przestrzeni swojej dziennikarskiej kariery, że mógłbyś brać takie sytuacje w nieco większy margines i wiedzieć, że nie zawsze nie pisanie o czymś oznacza olewanie czy negatywną opinię, w przypadku takich serwisów jak Screenagers (non profit) kluczowe są - niestety chwiejne i nieprzewidywalne - zasoby ludzkie i czasowe. Pewnie czasem wydawcy różnych płyt czują się przez nas (i nam podobnych) zlewani, bo traktują nas jak regularne, profesjonalne medium i jest to bardzo miłe, bo takim z pewnością chcemy być od strony merytorycznej. Natomiast postawa "macie tu płytę i ją zrecenzujcie" jest zwyczajnie niewykonalna fizycznie, chyba że zatrudnilibyśmy kilka osób na etatach, niczym Pitchfork.
I jeszcze by doprecyzować z tą "szkodliwą" zasadą nierecenzowania reedycji etc. Zwyczajnie brakuje w strukturze serwisu takiego formatu - postanowiliśmy w recenzjach zostać przy nowościach, a rzeczy będące z punktu widzenia redakcji wydarzeniami odnotowywane są od wielkiego dzwonu w innych rubrykach (vide Maanam, Papa Dance). I tyle.
Prześlij komentarz