wtorek, 22 lutego 2011


Furia Futrzaków Furia Futrzaków My Music 2010


Pop dla koneserów
Od Lady Gagi przez Kelis, Christinę Aguillerę, Janelle Monae aż po Robyn – w 2010 roku damski pop obficie sięga po wizerunek kobiety-robota. Niektóre krytyczki widzą w tym kolejną falę pop-feminizmu, sugerującą, że nie ma czegoś takiego jak prawdziwa natura kobiety i anektującą strefę racjonalności i postępu okupowanego do tej pory przez mężczyzn. Nieco przypadkowo z tym trendem skojarzyła nas Furia Futrzaków, electro-popowe trio z Warszawy. Powstała ponad 2 lata temu piosenka „Serce robota” operuje maszynowymi skojarzeniami: 220 wolt / podłączam a zasilacz zimny jest i procesor śpi / choć wbiłam ci gwoździe w każdą część, a bałaganiarski retro-futurystyczny podkład i teledysk, w którym wokalistka Kinga Miśkiewicz skacze wokół hospitalizowanego cyborga, tworzą z tekstem spójną całość.
Pomijając przypadkowe zestawienie, prawdą jest jednak to, że Furia Futrzaków bardzo chce korespondować z najlepszymi wzorcami białego popu ostatnich 10 lat. „Brokat” krzyczy french touch z początku lat 2000, przestrzenna melancholia „Cukru w kostkach” puszcza oko do Last Exit Junior Boys. Przez całą długość krążka – z racji histeryczno-zmysłowego wokalu Kingi Miśkiewicz – nie można też zapomnieć o skojarzeniach z Roisin Murphy, a produkcja Petera Bergstranda powoduje, że koneserzy mogą odnaleźć tu wpływów kilku jeszcze bardziej niszowych nurtów takich jak berliński micro-house. Wciąż jednak zastanawiające jest, że dobrze wyprodukowanemu materiałowi, tak dobrze wypadającemu w wersji live, muzyce, która jest wprost stworzona do tego, żeby się podobać szerokiej publice (tej która kiedyś zapewniała Reni Jusis wielokrotną platynę), tak trudno obecnie mocniej zaistnieć w mediach. Co tym razemu poszło źle?
Piotr KOWALCZYK

["Lampa", sierpień 2010]

1 komentarze:

anonim pisze...

Największą wadą tej płyty jest kompletny brak symbiozy pomiędzy wokalem a muzyką. Zresztą jak na każdej polskiej płycie, która ośmiela się rozkoszować elektronicznym brzmieniem. Tak naprawdę cały ten album spokojnie zaistniałby bez jej wokalu; mnie właściwie to bardzo przeszkadza ten jej do obrzygania alternatywny pseudoeksperymantalny paszczowy odjazd. Ani w tym czegoś świeżego, ani klimatycznego, zero kontaktu ze słuchaczem, a już najgorzej, że i z samą muzyką.