wtorek, 22 lutego 2011

Duffy Rockferry Polydor 2008
Adele 19 XL / Sonic Records 2008

Retromania
Nostalgia is a symptom of dying culture – te słowa Davida Fricke'a zacytowane przez Granta Harta we wkładce do koncertówki Husker Du są moim ulubionym komentarzem do stanu brytyjskiej muzyki pop w ostatnich kilku latach. Lista szybkich karier w wykonaniu wokalistek inspirujących się albo po prostu powielających wzorce sprzed 4 dekad niepokojąco się wydłuża. Na początku lat 80. debiutujące wtedy gwiazdy - takie jak Depeche Mode, ABC czy Human League (oraz wlokąca się za nimi kohorta synth-popowych rewelacji 1-2 sezonów) patrzyły przed siebie, eksplorując możliwości studia nagraniowego i telewizyjnego, pławiąc się w futurystycznym klimacie syntetycznych dźwięków. Punk dał tym młokosom wiarę we własne możliwości i brak zahamowań estetycznych, ale interesowały ich jednocześnie najwyższe komercyjne laury. Wiara w to, że nawet w największym mainstreamie da się powiedzieć coś nowego, zupełnie osłabła. Dzisiejsze gwiazdki łączy na pewno z nimi tupet, dzieli cała reszta. Kąt spojrzenia obrócił się o sto kilkadziesiąt stopni i punktem odniesienia jest dziś to, co zdarzyło się w zamierzchłych czasach.. Pierwszy nostalgiczny sygnał ze strony nowej generacji piosenkarek wysłała Lily Allen, choć ją z królową ostatniego rozdania Grammy, Amy Winehouse łączy właściwie tylko wyrazistość. W przeciwieństwie do Allen - Winehouse, inspirująca się soulem i starymi mistrzyniami wokalistyki, jest jednak piosenkarką kompletnie zanurzoną w przeszłości. Na scenie indie mamy Lucky Soul i Camera Obscura – urocze panie wokalistki z obu grup uwielbiają Dusty Springfield, Sandie Shaw czy Petulę Clark. Pomiędzy ścisłym mainstreamem a sceną niezależną mamy też 24-letnią piosenkarkę Candie Payne – która brzmi jakby Dusty Springfield spotkała się z Pizzicato 5 na planie Jamesa Bonda. W drugiej połowie 2007 roku karierę zrobiła z kolei Kate Nash, wariacja na temat Lily Allen i Amy Winehouse. Są w końcu dziewczyny The Pipettes, które udają spectoriańską girl-group i stanowią chyba najbardziej oczywiste stwierdzenie tego, że w muzyce pop wszystko, co najlepsze zdarzyło się w latach 60. i nie ma sensu podważać tego aksjomatu.
Ale nie sądzę, żeby powyższą diagnozą, należało brać do końca na serio. Ja przynajmniej z wymienionych wyżej artystek nie cenię właściwie tylko nudzącej mnie straszliwie Amy Winehouse. Wszystkie pozostałe artystki dostarczyły mi w ostatnich dwóch latach wystarczająco radości, żeby nie musieć biadolić nad wtórnością brytyjskiego popu. Na scenę trafia właśnie najnowszy rzut artystek z tej kategorii. „Adele będzie gwiazdą w 2008”, „Duffy nadzieją Brytyjczyków” - krzyczą nagłówki portali muzycznych. Obie pierwszego singla wydały pod koniec 2007 roku. Debiuty płytowe obu piosenkarek powędrowały na 1 listy przebojów. Zaledwie 19-letnia Adele promowana jest jako odpowiedź na Amy Winehouse. Starsza o 5 lat Duffy – jako rywalka Adele. Muszę przyznać, że z Adele mam dokładnie taki sam problem jak z autorką „Rehab”. Z trudem dobrnąłem do końca płyty – kompletnie nie przekonywały mnie bluesowe i soulowe zaśpiewy, brzmiące zbyt w sposób wystudiowany. Co innego Duffy, której album wyprodukował Bernard Butler. To stylowy album, który zarówno więcej ma nowoczesnych rozwiązań, jak i po prostu bardziej chwytliwych, naturalnie brzmiących piosenek.. Manieryzmów, prób podrabiania brzmienia Motown nie udało się uniknąć, ale hity Duffy – dostojna „dustyspringfieldowa” ballada „Rockferry” i nieco żywsze „Mercy” (#1 w UK) i przekonują mnie dużo bardziej niż nie wyróżniajace się specjalnie z reszty materiału sztandarowe ballady Adele, „Chasing Pavements” (#2 w UK) i „Hometown Glory”. Trzeba jednak pamiętać, że 19-letnia Adele ma jeszcze sporo czasu na artystyczny progres.
A na blogach autorów opiniotwórczego Guardiana od Duffy i Adele polecają jeszcze inną artystkę. – 18-letnią Laurę Marlin, której jak się wydaje bliżej do Cat Power czy Feist. Nie jest to na pewno koniec retro-inwazji. Jeśli pop ma zjadać ogon w taki sposób, w jaki słychać to na płycie Duffy, to (niestety) nie mam właściwie nic przeciwko.

["Lampa", wiosna 2008; follow-up do omawianych 3 lata temu płyt sprawia dokładnie odwrotne wrażenie - nie przebrnąłem nawet przez połowę nowego albumu Duffy, a Adele bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła]

0 komentarze: