czwartek, 31 grudnia 2009

Dziwna panna z harfą


Nie ma chyba postaci ani płyty, która w 2006 bardziej podzieliłaby fanów amerykańskiej sceny indie/folk.

Drugi album Joanny Newsom „YS” niechętni opisywali jako pseudo-baśniowe, pseudo-poetyckie wyczyny egzaltowanej panienki. Dziwny starczo-dziecięcy wokal, wyśpiewywane opowieści z nawiązaniami do klasyki literatury i mitologii, archaiczna stylizacja tekstów, okładka z manierystycznym portretem wokalistki – wiele elementów mogło indie-hipsterów w wizerunku i muzyce piosenkarki irytować. Szydzono się też ze słuchaczy Newsom – snobów, którym łatwo wcisnąć pseudoartystowską manipulację. Na wysokości zadania stanął magazyn „The Rolling Stone”, oceniając płytę bardzo nisko – a to zawsze w przypadku albumów wybitnych jest rekomendacją. Czy poza najnowszym dziełem Comy i Piotra Rubika ukazała się w zeszłym roku na świecie płyta o większym potencjale polemicznym?

Tresura lewej półkuli

Autorka jednej z najbardziej ekscentrycznych płyt 2006 roku nie ma żadnej strategii prowokacji ani autopromocji. Nie znajdziemy w jej biografii zbyt wielu atrakcyjnych medialnie wątków. Żadnych wydarzeń, skandali, którymi żywią się dziennikarskie sępy z kolorowych magazynów. Harmonijny rozwój, ciężka praca, pasmo małych sukcesów – anatomia sukcesu Newsom nie jest spektakularna..

24-letnia harfistka urodziła się w górskim miasteczku Nevada City w Kalifornii, kilkutysięcznej społeczności hipisowskich artystów i intelektualistów (w tej samej mieścinie mieszka też np. kompozytor Terry Riley). Jej rodzice są lekarzami, ale od lat 60. uczestniczyli w ruchu hipisowskim i działali społecznie, angażowali się w organizacjach wolnościowych. Dom Newsom był wypełniony muzyką. Mama grała na afrykańskich bębnach, rodzeństwo studiowało grę na klasycznych instrumentach (brat Joanny, John Gavin Newsom, jest obecnie burmistrzem San Francisco). Dzieci były zresztą bardzo systematycznie przyuczane do kreatywnych zajęć „Rodzice mieli dużą wiedzę z zakresu psychologii i chętnie wykorzystywali ją w praktyce, w naszym wychowaniu. Kładli szczególny nacisk na wykorzystanie przez nas lewej półkuli mózgu. Mama zaraziła mnie miłością do muzyki, ojciec – miłością do literatury. Co tydzień kupował mi nową książkę i wkładał ją pod poduszkę, więc siłą rzeczy dużo czytałam” - opowiadała w wywiadzie dla The Wire. Największy wpływ na rozwój Newsom miał jednak nauczyciel gry na harfie. „Na pierwszej lekcji powiedział mi, że mam próbować improwizacji. Na wszystkich zajęciach przez pół godziny improwizowaliśmy. Potem zachęcał mnie, żebym pisała własne utwory. Głównie dzięki niemu dziś robię to, co robię. Poza pisaniem piosenek moje zainteresowania są tak żałośnie nieciekawe, że nawet nie ma co o nich wspominać” - podsumowuje siebie Newsom. Jest też absolwentką popularnego w Stanach wśród artystów/pisarzy/muzyków – podobnie jak choćby bard Sufjan Stevens - kursu „kreatywnego pisania”. Jej piosenki są mozaiką odniesień literackich,gier słów brzmień, katalogiem rzadko używanych wyrazów.



Ekstremalna harmonia

Życie Joanny jest poukładane i podporządkowane muzyce. Od 8 roku życia zajmowała się głównie grą na harfie. To trudny instrument, który wymaga konsekwencji i regularności. Studiowała techniki gry z różnych zakątków świata – Wenezueli, Senegalu, klasyczną zachodnioeuropejską. Śpiewa dopiero od 18 roku życia. Jej pierwsza taśma demo, „Walnut Whales” (2002) trafiła przez znajomych do legendarnego piosenkarza alt-country Willa Oldhama (znanego jako Bonnie „Prince” Billy). Ten zaprosił Newsom na trasę koncertową, dzięki czemu wkrótce została dostrzeżona przez szefów małej wytwórni indie-folkowej Drag City.

Nic dziwnego, że po wydaniu pierwszej płyty, uroczego „Milk-Eyed Mender” (2004) Newsom kojarzona była ze sceną freak-folkową i alt-country czy szerzej, sceną indie. Występowała przecież razem ze Smog (Billy Callahan to jej chłopak) i Devendrą Banhartem – trafiła na orbitę sceny indie jako „ta dziwna panna z harfą”. O ile jednak „Milk-Eyed Mender” mieściło się w ramach amerykańskiej sceny folk, to „YS” jest dziełem zupełnie innego formatu. Newsom jest postacią z zupełnie innego świata, nie ma wiele wspólnego z Cat Power. „Ona jest jak Prometeusz, który przyszedł obdarować lud indie-rockowy elitarną tradycją muzyczną” - podniecał się na łamach Pitchforka recenzent jej koncertu. Podobnie jak wybuchy reporterskiej fantazji, łatwo przychodzą porównania do Joni Mitchell, Kate Bush czy Bjork. Zresztą rozmach YS” w pełni do nich uprawnia. Bo mamy do czynienia z osobowością podobnego formatu.

Newsom może mówić o wyjątkowym przywileju. Nie na każdej płycie udzielają się takie sławy jak legendarny współpracownik Briana Wilsona z Beach Boys Van Dyke Parks (odpowiedzialny był za piękne orkiestralne aranże „YS”) - z którym Newsom przez wiele miesięcy konsultowała niemal każdy szczegół akompaniamentu. Wśród współpracowników znalazła się też instytucja amerykańskiego undergroundu rockowego Steve Albini (ustawiał brzmienie w studiu nagraniowym) oraz łączący te dwa odległe światy - Jim O'Rourke. Całość nagrana została w mitcznym studiu Abbey Road. Nic dziwnego, że „YS” okazało się najdroższym albumem w historii Drag City.

Uderzający jest kontrast między niezwykłą ambicją projektu Newsom (5 utworów trwa razem 56 minut), a skromnością samej osoby piosenkarki. Urok to trudny do uchwycenia. Schowana na koncertach za wielką harfą rzadko się odzywa, uśmiechając , wypowiadając grzeczne, nawet przesadnie słodkie „thank you”. Zapytana w wywiadzie o muzykę, której słucha, odpowiada niepewnie, ze uśmiechem - znakiem zapytania: „muzyka z zachodniego Senegalu, z Wenezueli, dance, Motown, hip-hop, rock: Talking Heads, Silver Apples” - jakby czuła się wywołana do tablicy, niespecjalnie pewna swoich gustów. Jednocześnie to bardzo wygadana osoba. Słowa w rozmowie natomiast dobiera powoli, z namysłem, pytająco, Trafiając zwykle w sedno. „Mam problemy z wypowiadaniem się, ekspresją emocji. Zbawiennym dla mnie jest fakt, że niektóre uczucia umiem przekazać tylko w formie piosenek. Ale poza nimi – mam z tym problemy” - mówi o sobie z zakłopotaniem. Co nie przeszkadza jej jednak odważnie nieść kaganek oświaty ciemnemu indie-rockowemu ludowi.
Piotr Kowalczyk

Sny o literach czyli skąd się wziął tytuł „YS”:

Nazwa „YS” pochodzi z baśni celtyckich. To mityczne podwodne miasto, zatopione z powodu postępujacego w nim upadku moralnego (do zniszczenia tamy skłonił mieszkańców pan Szatan). Do dziś słychać dobywajace się spod wody bicie dzwonów. Newsom wpadła na pomysł nazwania w ten sposób tej płyty przez przypadek. W wywiadzie dla Wire'a opowiadała, jak regularnie śniły jej się 2 litery – Y i S i wiązały się one z piosenkami, nad którymi pracowała. Uznała więc, że płyta musi zawierać w tytule te 2 znaki a także że musi być to tytuł jednowyrazowy. Ponadto, jedna z jej piosenek zawiera opis brzmienia podwodnych dzwonów – potem z podobnym motywem zetknęła się w legendzie. A ponieważ krótkich słów z literami Y i S nie ma w języku angielski zbyt wiele, więc wybór był oczywisty.

["Machina", przełom 2006 i 2007; wersja bez redakcji]

20/50


Shit Robot - Simple Things (Work It Out) (Todd Terje Version)

Jednym z moich ulubionych rodzajów klubowych kawałków są tension buildery takie jak ten. Kawałki, które zazwyczaj nie lecą w prime-time'ie, ale didżeje wrzucają je do setów, gdy klub dopiero zaczyna się zapełniać, jadące sobie z prędkością ok. 125-130 BPM (na ucho), house'o-pochodne, pobudzające muskulaturę kończyn i zarazem niesamowicie wysmakowane. No właśnie - kawałek działa nie tylko na nóżki, ale też na intelekt. "Simple Things" to pochód przez historię muzyki tanecznej. Ach te skandynawskie nerdy - ktoś, kto nazywa się Todd Terje nie mógłby zrobić niczego *w złym guście*. A że utwór podpisał także koleś z Kolonii, który w swoje electro-kawałki wrzucał już wokalizy a la afrobeat czy inne Talking Heads ("Triumph" weszło do mojej 30-ki singli za 2006 rok, do znalezienia na Porcys), to już w ogóle czuję się jak na wykładzie "historia muzyki popularnej".

środa, 30 grudnia 2009

19/50


JAY-Z feat. Alicia Keys - Empire State Of Mind


Hymn Nowego Jorku po jeszcze jednej fali gentryfikacji. Dawny homeboy opisuje pełną blichtru i sukcesów dorosłość.
Coś mi się wydaje jednak, że w "Empire State OF Mine" Hova potraktował temat NYC raczej na zasadzie fuszki do odwalenia. Na specjalnie odkrywcze przemyślenia się tutaj w każdym razie nie porywa, taka tam pocztówka, good girls gone bad, betonowa dżungla coś tam. Gdzie mu choćby do pamiętnego jointa Nasa z Illmatic. Rozwala mnie natomiast wokalna część Alicii Keys. Tylko dzięki niej utwór dorasta do monumentalnego tematu.

niedziela, 27 grudnia 2009

18/50



Air France - GBG Belongs To Us


Wraz z kompilacją Best Of, reedycjami i nową wersją Foxbase Alpha przypomnial o sobie jeden z *najfajniejszych* popowych zespolow wszechczasow - Saint Etienne. "GBG Belongs To Us" raczej nie odchodzi od wakacyjnych klisz, z których slynie Air France, ale oprócz tribute'u dla rodzinnego Goeteborga, jest też zgrabnym nejmczekiem formacji Sary Cracknell, a więc swiadczy o sporym co najmniej uznaniu. Oba projekty lączy to, że są ginącym gatunkiem. Prezentują spójną wizję bialego popu - popu bez ekscesów, bezpiecznego, ponad wszystko ceniacego slodkie melodie, subtelnosc&prostolinijnosc i rytmiczną przyzwoitosć. Mimo inspiracji disco, reggae czy muzyką taneczną z przelomu 80'sow i 90., oba kladą nacisk wlasnie na melodie i "wysofistykowane", zwiewne, chwilami designersko-anorektyczne brzmienie.
Swoją drogą - mimo zbieżnosci z "London Belongs To Us" GBG podobnie jak Warszawa nie jest nowym Londynem, więc mogę ten kawalek-manifest odniesc do stolicy Polski. Czy dwójka muzycznych nerdów z mojego miasta moglaby z czystym sumieniem stwierdzić o nim "Warszawa należy do nas" (i nie dostac wpierdol od bywalców "czarnej dzielnicy Warszawy")? Nagrać rozczulający popowy kawalek ktory stanie sie jej pol-oficjalnym hymnem? Nie i nie. Czasami myslę więc, że nie mialbym nic przeciw kolejnemu Potopowi.

17/50


Mickey Gang - Born In The 90's


Urodziłem się w latach 90./ i pytam się mamy / czemu tak późno pojawiłem się na świecie. Bohater piosenki Mickey Gang martwi się, że jako swiadomy konsument nie załapał się na Spice Girls, taniec „Macarena”, MC Hammera i walkmany kasetowe. Hormony brazylijskich nastolatków mogą szaleć, oni sami definiują siebie tak: we were all born silly guys / now all we think is about fuck. Ale jednoczesnie ci licealisci egzamin z po-mo bieglosci kulturowej u prof. Jamesa Murphy'ego (autora legendarnej dystertacji na temat aspektów pop-kanibalizmu, "Losing My Edge") zdają na 5 z plusem. W epoce nieustającego recyclingu nostalgia u takich szczyli jest bardzo charakterystyczna. Chwilowo nie będę nad tym rozpaczal.

piątek, 25 grudnia 2009



Borys Dejnarowicz o filmie Wojciecha Smarzowskeigo Dom zły:

Kolejna wątpliwa kwestia: "ciągle te same mordy", przez co chwilami wkradają się Złotopolscy. Nie zapominajmy, że film to doświadczenie wizualne! Z kolei warstwa dźwiękowa irytuje i przeszkadza. Skąd ciągle ten yass w ambitnym polskim kinie? Yass to lata 90-te! Czyli prawie dwie dekady temu. Nie ma jakiegoś ambientu, microhouse'u, gotyku?

http://www.substanceonly.net/cinema/s.html

Haha, dokladnie! Ciekawe, gdzie jeszcze, w ktorym projekcie pod mecenatem panstwowym (= Robimy Ambitna Kulturę) uslysze Mikolaja Trzaskę, faceta którego swoją drogą uwielbiam za jego rzeczy z Loskotem i forme koncertowa... ale ktory tak chetnie bierze udzial w srednio mi potrzebnych projektach na przecieciu sie muzyki, ambitnej literatury i ambitnego filmu i ktorego chyba nad wyraz cenią ci, ktorzy odopwiadają za dźwiękową stronę polskich filmów i chyba po prostu nie chce im sie szukac dalej "microhouse'u, ambientu, gotyku".

To się chyba jakos wiąże z organicznym brzmieniem free-jazzu Trzaski, a microhouse to jednak bardzo zimna, wysmakowana estetyka, dzwiekowy design. A w Domu zlym - jak w wielu polskich filmach ostatnich lat, chocby potwornie polsko-depresyjnych 4 nocach z ANną Skolimowskiego - wszystko music byc unurzane po szyje w przasnosci i blocie, niskie i okrutne. I dlatego mam z tym Domem duży problem. Inna przyczyna to rozdzwiek miedzy jakoscia watkow - o ile w czesci retrospektywnej, napiecie jest poprowadzone w mistrzowski sposob, to czesc z wizja lokalna - rozlazi się, jest przegadana, chwilami brakuje tresci, grepsy wydają się wymuszone, mówiąc lopatologicznie - "ogląda się dużo gorzej" (choć kilka kompozycji scen rzeczywiscie mistrzowskich.

Wracając do muzyki. Trzaskę który w ostatnich latach poszedl w stronę wolnej improwizacji i w porownaniu do tego co teraz robi jego lata z Miloscia i Loskotem mozna uznac za okres "gwiazdorski", jestem w stanie jeszcze zrozumiec.

Ale wiekszą przykroscia jest dla mnie w ostatnich latach ilosc projektow z muzyka niezależna lączonych z poezja, dofinansowanych np. przez Muzeum Powstania Warszawskiego czy inne kulturalne instytucje - regularne robienie polityki historycznej, banalizowanie ważnych tematów, totalnie sztuczne ich sprzedawanie. Wykonawcy chetnie biorą w tym udzial, bo dla wielu jest to finansowe byc albo nie byc, stawki za udzial w koncercie (jak kazdym plenerze) są bardzo zachęcające. Ja osobiscie kolejnego Wyspianskiego, Gajcego juz chyba nie wytrzymam. Na plycie z tekstami tego drugiego poety jest moze z 5 sluchalnych utworow (o dziwo, najlepszy jest ten autorstwa...Maleo Reggae Rockers). Żeby byla jasnosc - nie jestem przeciwko laczeniu muzyki i poezji (np. ostatnie "Wire" przybliza postac folkowwej piesniarki Josephine Foster, któar nagrala niezwykle piękny hold dla Emily Dickinson), ale fajnie gdyby to nie sluzylo tak doraznym celom jak w przypadku plyt wydawanych przez MPW. Kolejny komiks, graffiti i plyta tribute to, wszystko coraz mniej ważne, nawet nie przemielone jak kazdy inny pop produkt, tylko zatopione w naftalinie, rokendrol zmiksowany nieudolnie z naboznym podejsciem. Kompletnie nie wierze w tak promowany patriotyzm 2.0, reprezentowany w tej formie (komiks z jakiegos powodu sprawdza się dużo lepiej). Powstanie warszawskie (marzec 2005) bylo dla mnie momentem powrotu oldskulowego patriotyzmu. Dzis, wiedząc, jaki worek ze zlymi projektami, otworzyla ta plyta raczej nie jestem ze swoich owczesnych zachwytow specjalnie dumny. Wiekszosci Powstania Warszawskiego nie mogę dzis sluchać bez zazenowania (bronią się ze 3 kawalki). Ale nie lepiej jest z powstanczymi holdami autorstwa hip-hopowcow itd.

Pozytywnym przykladem sięgania do lektur licealnych, "korzeni polskosci" jest akurat w tym wypadku zespól Pustki, prezentujący ostatnio na koncertach rewelacyjne wersje kawalkow z Kalamburów ("Trawa" z progrockowo-noise'owymi sprzężeniami). W przypadku Pustek związki z literaturą są dosc naturalne - siegają początków kapeli (udzial w imprezach literackich, nagrywanie dla teatru, w koncu nieszczesne wykorzystanie Schulza - dzis jednak dobrze mysle o ich debiucie), no i "estetyka polskiego inteligenta", do którego Pustki starają się jakos nawiązywac - w tekstach, niepozornej scenicznej prezencji, czarno-bialych sesjach zdjeciowych i okladkach, występach z okazji rocznic (Stan Wojenny, 11 listopada) wsparciu przez organa polskiej inteligencji i ambitnej kultury - "Gazete Wyborczą" i "Trójkę". Dla mnie wszystko ok, dopóki muzycznie nie ma żenady, a do tej pory w tej materii Pustki raczej nie zawodzą.

środa, 23 grudnia 2009


Kolejny zajebisty tekst Filipa Szałaska, tym razem o zespole dość dawno chyba nie omawianym, popularnej formacji blogowej, Ścianka i jej albumie Białe wakacje!

krockus.blogspot.com/2009/12/filip-szaasek-ocena-7.html

Esej pojawił się w ramach projektu gwiazdy niezal-internetu, Camela i sygnalizuje pojawienie się nowego, poważnego gracza (OMG) na "scenie blogowej" (hehe). Kro(c)kus - zapamiętajcie tę nazwę.

wtorek, 22 grudnia 2009

W tym roku także sylwester będzie "dresiarski". Na początku wystąpią DJ-e grający na co dzień na wiejskich dyskotekach w stylu Energy, a później Chylińska z utworami z najnowszej discopolowej płyty. Nie miałbym oczywiście nic przeciwko, gdyby zagrała piosenki z czasów O.N.A., jednak jej najnowsza płyta to "obciach na maxa".

Jedynym porządnym koncertem masowym zorganizowanym w ostatnim czasie był koncert WOŚP, na którym między innymi wystąpił Oddział Zamknięty, 4 Szmery oraz Acid Drinkers.

Chciałbym, aby w naszym mieście odbywało się więcej imprez dla ludzi inteligentnych, uczniów dobrych liceów, studentów czy już pracujących absolwentów, którzy słuchają muzyki rockowej.



List do krakowskiej Wyborczej, tak niewiarygodnie rockistowski i mid-90's, że aż stanęły mi przed oczami moje wczesno-licealne debaty o wyższości muzyki gitarowej, "niezależności", "alternatywie".

http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,35796,7375772,Kultura_to_nie__umcyk__umcyk__z_remizy_strazackiej.html

"Szacun" dla Gazety Wyborczej z Krakowa, że to wydrukowała. Nagle zniknął internet, Facebook, blogi, Pitchfork, znów mamy gdzieś 1996 rok, jest ciasno ale swojsko - jedyny wybór jaki stoi przed młodą osobą to Przystanek Woodstock, Metalmania albo koncert którejś ze starzejących się rodzimych gwiazd post-punka, dla bardziej poszukujących - Ewa Braun i Ścianka. Cała reszta to wrogie terytorium.

Drogi Bartku A. - pewnie nie zdajesz sobie nawet z tego sprawy, ale jesteś drugą stroną tego samego dresiarskiego medalu, a Twoje poczucie klasowej wyższości śmierdzi na kilometr. Gratuluję uchowania w tym stanie świadomości aż do 2010 roku.

P.S. Czego można się spodziewać w mieście, którego prezydent publicznie (w TVP Kraków) stwierdził, że Kraftwerk to zespół metalowy?

To akurat trzecia strona medalu.


Fantastyczna sprawa z "Killing In The Name Of" - utwór znalazł się na 1 miejscu listy BBC tuż przed świętami, blokując nr 1 dla miałkiego typka z Factor X.


http://www.bbc.co.uk/radio1/chart/singles/

Tak jak nienawidzę zespołu i dużej częsci fanbase'u De La Rochy, to za sprawnie przeprowadzoną akcję należy się im jakiś bonus.

Czy to nie była zresztą pierwsza udana zbiorowy atak na chartsy o zapleczu facebookowo-komunikatorowym o takim zasięgu? Pamiętam tylko nieudaną akcję NME - starania o przywrócenie Sex Pistols na nr 1.
Nie mogę uwierzyć, jak dobrym albumem jest jednak - Causers Of This Tory Y Moi - premiera luty 2010. Wspaniałe, że gdzie się nie obejrzę, ktoś zabiera się za dekonstrukcję r&b, robiąc to tak świeżo - Sa-Ra Creative Partners, Dirty Projectors, The xx chwilami (pojawiający się gdzieniegdzie "timbalandowy bit" w - argumentowałbym, że do tego sprowadzają się u nich inspiracje komercyjnym popem), Bundick, w 2008 do pewnego stopnia TV On THe Radio. Może to jest ścieżka olbrzymich możliwości dla walczących z impasem twórczym całych scen muzycznych - przynajmniej tych zorientowanych piosenkowo (tego uwiądu absolutnie nie odczuwam przy słuchaniu Black To Comm czy Emeralds czy Dolphins Into The Future czy ostatnich rewelacyjnych mixów z pontone.pl - a nie jestem wcale jakimś szalikowcem eksperymentu w muzyce).





Największy niedosyt / zawód czytelniczy tego roku. K-Punk jest nagi. O ile tam, gdzie pozostaje przy analizie kultury popularnej, nadal miewa rewelacyjne momenty, to jego analiza filozoficzna u średnio nawet skrupulatnego akademika poprawiłaby zdecydowanie samoocenę. Fisher jest niechlujny, ślizga się po powierzchni problemów, przemilcza nasuwające się wątpliwości. Wykład z "kapitalistycznego realizmu" zamyka się w 80 stronach. Książka jest bardziej szkicem sytuacji niż rzetelną analizą. No i porównywanie neoliberalizmu do stalinizmu - nawet na potrzeby argumentu - u czytelnika z Europy Wschodniej wywołuje swoiste łaskotanie - pomieszanie wesołości, próby namysłu ze świętym oburzeniem i poczuciem jednak kompletnej nieadekwatności. PRzede wszystkim zdecydowanie utrudnia wyobrażenie sobie "kapitalistycznego realizmu".
Co nie znaczy, że w wywodzie Fishera nie trafiają się momenty, z którymi w pełni się identyfikuję. Tworząc na kolanie swoją żarliwą krytykę neoliberalizmu, K-Punk pokazuje praktyczne konsekwencje sprywatyzowania systemu publicznej edukacji - pokazuje związek między depresją, zaburzeniami psychicznymi a urynkowieniem całej strefy publicznej - bardzo ciekawe, ale raczej mało odkrywcze. To, na co liczyłem - czyli opis zaniku sfery publicznej i jego wpływu na kształt muzyki pop i popkultury - prawie w ogóle się natomiast w tej książeczce nie znalazły. Pojawiają się nawiązania do programu X Factor czy faktu, że jego zdaniem żyjemy w nowych latach 50., w epoce miałkich songwriterów z Tin Pan Alley, tym razem bez nadziei na nowego Elvisa. Te metafory stanowią dość depresyjną klamrę tekstu.
Właśnie depresja radykalnej lewicy, niemożnośc wymyślenia czegoś poza aktualną wersją neoliberalnego kapitalizmu i znanymi formami kultury jest punktem wyjścia tej książki, stanem ducha, powodującym, że nowe formy (i tutaj już wchodzimy na grunt muzyki pop) pojawiają się coraz rzadziej i mają coraz słabszą siłę oddziaływania, jak gasnąca populacja w filmie Ludzkie dzieci - ta rutyna, nuda, pogodny cynizm, uwiąd nowości, rekonfigurowanie zgranych motywów, konformizm, oddanie głosu opinii publicznej, exit polls, system audytów i niezwykle rozwinięta biurokracja - to własnie "kapitalistyczny realizm".

Niestety samemu Fisherowi kompletnie nie udaje się wyjść poza ten minorowy ton, choć pyta prowokujaco o alternatywy. Nie wiem, jaka jest jego recepta na ten marazm, poza jedną bardzo zgrana - ludzie musza zdać sobie sprawę z miękkiej opresji Kapitału. Ciężko jest mi się taką puentą zachwycić.
Mimo wszystko, próbując streścić, o czym pisze Fisher, muszę przyznać, że porusza bardzo wiele wątków i rozwija je w absolutnie jasny sposób - a więc na 80 stronach udało mu się zawrzeć właściwie cały swój gniew za aktualny stan rzeczy, nie popełnia grzechu wodolejstwa i na poziomie ogólnej diagnozy jest dość precyzyjny, choć czasem ponosi go temperament (tak jak przy wspomnianym zestawieniu obecnej wersji kapitalizmu z niektórymi praktykami stalinizmu).

Tyle o Fisherze. POza tym londyńskie wydawnictwo 0Books to niezwykle zacna inicjatywa - i nie zdziwię się, jeśli za kilka lat ich ksiazki trafią licznie na polski rynek.

16/50




La Roux - In For The Kill

Zmiksuj odpowiednio wyprzedzający blogowy buzz ("Quicksand" śmigało na Discodust już w październiku 2008), odrobinę niebezpieczeństwa ("in for the kill/ doin' it for the thrill"), perfekcyjny design (teledysk do "Quicksand" - jakże perfekcyjnie cheesy), mega świadomą otoczkę wizualną, fryzurę Rudej (to na postacie w rodzaju Ellie Jackson polują moi ulubieńcy z imprezowych fotoblogów), w miar świeże podejście do formuły androgynicznego duetu electropopowego i otrzymasz La Roux - "IT-girl" 2009 roku. Żeby nie było wątpliwości - epoka electroclash trwa w najlepsze od co najmniej 8 lat.

15/50


YACHT - Psychic City

Vibe właściwie w 99% zerżnięty z Tom Tom Club - upalne brooklyńskie lato (tak wiem, nie są stamtąd, to wszystko przez DFA), lekki surrealizm, dziewczęcość bez epatowania seksem, rozkoszna melodia, zapożyczenia z reggae, apoteoza fajności małżeństwa / związku albo przeciwnie - pełnej rozwiązłości. Życzę za 25 lat z okładem piosence YACHT tyle samo witalności co "Genius Of Love" czy "Under The Boardwalk".

14/50



Joy Orbison - She Dressed In Her Best

Znajoma zapostowała dzisiaj ten utwór w jednym z popularnych portali społecznościowych. Pochłonięty robotą nad "Pulpem", kompletnie straciłem przyznaję kontrolę nad świeżymi produkcjami (dramatycznie wypadłem z obiegu, wszystkie moje odkrycia kończą się na październiku 2009), więc na tego typu epifanie ze strony znajomych poluję tym bardziej.
Mroczny 2-step El-B spotyka połamany kraftwerkiański beat Junior Boys....melancholijne twitche jak Luomo na "Vocalcity"...ale w mniej eksperymentalnej wersji. Ciężko wyobrazić sobie bardziej pefekcyjne połączenie, tym bardziej, ze to cały czas porcja klubowej sieki - gdyby to dać do obróbki w soundsystemie o właściwych parametrach. Pnące się gdzieś wysoko arpeggia syntetyzatora, tęskne pocięte soulowe wokale. O ile "Hyph Mngo" jest jednym z moich murowanych kandydatów to tytułu singla roku (gdyby chciało mi się układać właściwą kolejność, ale to strasznie nudna zabawa), wiosna/lato 2009, wczesnoporanne odsłuchy Rinse'a i mixów Guiddo i Joya Orbisona, to ten utwór tym bardziej zostawia mnie oniemiałym. Ale piszę to całkiem na gorąco, nie mogąc się doczekać, co się jeszcze wydarzy.

sobota, 19 grudnia 2009

Hello Darkness




Endless Summer

Mark Richardson o... motywie plaży w muzyce, widmie Briana Wilsona, Campfire Songs Animal Collective i arcydziele Fennesza.

http://pitchfork.com/features/resonant-frequency/7732-resonant-frequency-65/



Part of my fascination was the disconnect between the milieu of these songs and how this music was coming at me in my day-to-day. Blogs posted these songs would inevitably say something along the lines of: "This tune would be perfect for a day at the beach" or "This is the soundtrack to summer-- sounding good!" At some point after the solstice I started to wonder: Who are we kidding? We're all sitting in front of our computers all day. We're not listening to this stuff in our woody with our boards strapped to the hood. If we were spending so much time at the beach, we wouldn't have time to keep up with all of the lo-fi bands writing songs about the beach. We'd be listening to the radio in the car on the way to somewhere. Probably to Sublime.

piątek, 18 grudnia 2009

13/50


Dizzee Rascal - Holiday

Strasznie się cieszę, że gość, któremu kibicuję od stycznia 2004 (jakoś tuż po przeczytaniu recenzji Jacka Kinowskiego postanowiłem zaznajomić się z Raskitem, starcie przypominało to z osiedlowym dresiarzem) stał się wreszcie brytyjską gwiazdą nr 1. Różnica jest taka, że 6-7 lat temu Dylan Mills był prawdziwą obelgą rzuconą konformistycznemu państwu pozbywajacemu się zobowiązań wobec obywateli i zostawiającemu olbrzymią część społeczeństwa w niepewności (Boy In Da Corner jest albumem o strachu, konieczności każdorazowego potwierdzania swojego statusu i tożsamości). Dziś natomiast z tandetnie wyrezyserowanymi teledyskami i syntetycznymi riffami Calvina Harrisa oraz tekstami o pierdołach i seksistowskimi wstawkami jest kolejną dokooptowaną przez matrix pop-personą, samcem alfa sceny urban etc. Ale być może to wszystko ściema, tongue'n'cheek. Tak czy inaczej - Dizzee się sprzedał, moje szczere gratulacje.

12/50


Attaca Pesante ft. Shea Soul - Make It Funky For Me


O ile Joy Orbison czy Guido pchają brzmienie UK Funky w bardziej eksperymentalnym kierunku, to Make It Funky For Me jest prawdopodobnie tegorocznym odpowiednikiem... "Do You Mind"? Nie jestem jednak do końca pewien tego porównania - nie ma w nim tego ciężaru, erotyzmu, który zaprezentowali Crazy Couzinz i Kyla. A może po prostu słucham go za cicho? Drzewo genealogiczne UK garage doczekało się w każdym razie jednego z najbardziej radio-przyjaznych potomków, tyle że jest on raczej stylistycznym bękartem. Słuchając tego utworu nie mogę zapomnieć, że na początku tej dekady powstawały kawałki na swój sposób niemal identyczne - takie klasyki jak "Music Sounds Better With You", "Groovejet" czy "Rewind" - autotematyczne, słodkie jak sacharyna, klubowe utwory z popowym potencjałem, które słyszycie w prime-time'ie w ulubionej, niesieciowej pizzerii (albo tam gdzie macie do czynienia z najbardziej wrednie sprofilowanymi stacjami radiowymi).

11/50


Animal Collective - My Girls

Z tego, co udało mi się zapamiętać z 2009 roku to Merriweather Post Pavilion współgrało jednak z klimatem ostatnich 12 miesięcy - wszechobecną balearycznością (Delorean, Air France, Meanderthalrs), kompozycjami nurtu kasetowych new-age-noise'owców i zajawką wakacji 2009 znaną jako chillwave. K****s spowodował też, że miliony Amerykanów musiało zainteresować się bardziej bezpretensjonalnym stylem życia, z miejskim rolnictwem na czele. "My Girls" to właśnie manifest bezpretensjonalności i życiowych ambicji skrojonych na miarę dojrzałego faceta. Pod przesłaniem tego numeru podpisywali się wszyscy - od AM Radio aż po Victorię Bergsman.
Wydaje mi się, iż w Jadłodajni pojawił się nowy rodzaj DJ-a w stosunku do tego, co proponowały inne warszawskie kluby. Coś na kształt indie DJ-a, czytającego Porcys, Screenagers i całe mnóstwo blogów i stron o muzyce alternatywnej, z Pitchforkiem na czele. Noszącego się również w charakterystyczny sposób.

- Różnice były pokoleniowe, ale i muzyczne. Jak oni się wb?ali, to Warszawa usypiała przy soul jazzach, lounge'owych klimatach, nudziła się przy housikach, rozmydlała się na kanapach w klubach ze szklaną podłogą. A gdzieś w naszych piwnicach i garażach zaczęła się troszkę inna muzyka. Indie rock nadawał się do tańczenia. Dla mnie było oczywiste, że trzeba na to postawić i faktycznie była to zupełnie inna propozycja, którą reszta klubów wtedy przesypiała. U nas w siłę rośli VA Team, Hungry Hungry Models, AM Radio, no i było Sorry Ghettoblaster, ale to akurat nie są wychowankowie Jadłodajni. A odpowiadając na pytanie: tak, oczytanie i wiedza jest mocną strona tych DJ-ów, może niekoniecznie czytają Screenagers, ale na pewno serwisy i blogi zagraniczne.


Rewelacyjny wywiad Zmywaka z Marcinem Majewskim, szefem artystycznym Jadłodajni Filozoficznej.

http://lampa.art.pl/0912jadlo.php

Więcej w grudniowej "Lampie".






Owen Hatherley o Warszawie: http://nastybrutalistandshort.blogspot.com/2009/12/warszawa.html#links

środa, 9 grudnia 2009

"Czyta Wire - widac że prawilny ziom z niego"**


http://rougesfoam.blogspot.com/2009/12/premature-burial-burial-pallbearer-vs.html

Dawno nie było tu nic na temat Buriala. No to łapcie ten epicki post, m.in. o jego związkach z neoklasyką, impresjonizmem, muzyką filmową, psychogeografią - and whatnot. Przy okazji autor udowadnia, że opnia, że gość nie potrafi komponować, a jego muzyka to zbiór mgiełek i randomicznie dobranych bitów to totalna bzdura. Williamowi Bevanowi należał się taki zwolennik, bo ilość złej woli w opiniach na temat fenomenu tego producenta była lekko dołująca.

Swoją drogą blog Rouge's Foam "słynie" z tasiemcowych, ale niebanalnych postów - podniecające koncepty takie jak hauntology czy "wonky", gość (gościówa?) wszystko ogarnia łącząc hardkorową teorię estetyki z bardzo przystępnym językiem. Jeśli ktoś pisze że scena UK cierpi na przeintelektualizowanie i w ogóle pisanie interdyscyplinarne o muzyce jest bez sensu i się skończyło; tl;dr - to mam ochotę założyć kominiarę i tłuc gołymi pięściami.


** - spontaniczna opinia jednego kumpla wygłoszona w ramach popularnego forum społecznościowego "Facebook". zderzenie jakiejś neogrypsery z tytułem pisma dla okularników wydaje mi się dość zabawne

poniedziałek, 7 grudnia 2009



Jeden z najciekawszych blogowych krytyków muzycznych, bardziej kojarzony chyba jednak z teorią architektury/urbanistyką przyjeżdża na wykład do Warszawy.

Architekst 2.0 – Owen Hatherley
Grzegorz Piątek rozmawia z teoretykami i praktykami architektury
spotkanie pierwsze: 12 grudnia (sobota), godz. 18.00, Muzeum Sztuki Nowoczesnej

Zapraszamy na „Architekst 2.0” - nową serię spotkań poświęconych współczesnej architekturze, prowadzonych przez Grzegorza Piątka, kuratora i krytyka architektury. „Architekst 2.0” pogłębia wątki poruszone przez autora w cyklu ubiegłorocznych wykładów, poprzez dialog z zaproszonymi gośćmi – teoretykami i praktykami architektury, oraz poprzez warsztaty dla uczniów i studentów. Gościem pierwszego spotkania jest młody brytyjski krytyk architektury Owen Hatherley, autor świetnie przyjętej książki „Militant Modernism” (2009), współpracownik czasopism „Building Design”, „New Statesman”, „New Humanist”.

nastybrutalistandshort.blogspot.com

artmuseum.pl

http://bec.art.pl/teksty.php?id=59 - wywiad z Owenem

http://nastybrutalistandshort.blogspot.com/2009/10/1-you-dont-need-to-emerge-from-nothing.html#links - Hatherley o electroclash

http://nastybrutalistandshort.blogspot.com/2008/04/shock-of-neu.html - Kraftwerk, Neu! etc.



Mój wywiad z Hagenem Betzwieserem, założycielem Institut Der Allgemeine Theorie, w #57 "Notesie Na 6 Tygodni".

bec.art.pl/upload/pdf/notes57_internet.pdf

Rather Ripped

Michal Zagroba jakze celnie o 4 ostatnich plytach THE SONIC YOUTH, w tej recenzji http://porcys.com/Reviews.aspx?id=1187:


Ząb czasu dosięgnie najtwardszych zawodników. Znamienne jest, że podczas gdy każda kolejna produkcja Sonic Youth w latach 90-tych aż do NYC Ghosts & Flowers włącznie stanowiła odrębny, nowy koncept, od Murray Street wszystko brzmi mniej więcej tak samo i z grubsza przypomina Washing Machine. Być może traumą dla nich było dramatycznie złe przyjęcie NYC, bo to obecne wcielenie SY jest do bólu poprawne, asekurancko nieartystowskie i bezpretensjonalne; jednocześnie, jak przed chwilą starałem się wrócić pamięcią do moich ulubionych kawałków Sonic od 2002 roku to stwierdziłem, że ja nie jestem w stanie przypomnieć sobie ani jednego ich kawałka z tego okresu. Więc możemy toczyć akademickie dyskusje czy Sonic Nurse jest o 0.2 pkt gorsze od Murray Street czy lepsze, czy na Rather Ripped słychać więcej korzeni, niż na Eternal, a to i tak nie miałoby sensu, bo ten okres w historii grupy jest całkiem bezbarwny i bez znaczenia.

piątek, 4 grudnia 2009

Krucjata przeciw rzetelności

Pierwsze urodziny bloga Fight! Suzan i miażdżaca ocena polskiej muzycznej nerdosfery by Filip Szałasek:


Patrzmy jednak w przyszłość: w planach jest przede wszystkim dalsza krucjata przeciwko rzetelności. Koniecznie, bo to zło niekonieczne polskiego recwritingu. To przez pragnienie rzetelności, zapatrzenie w serwisy, tchórzostwo i degrengoladę osobowości polska blogosfera to ledwie bryłka miału. Przez ten rok odwiedziłem wiele takich stronek żeby podpatrzeć jak robią to inni i może jakąś ideę chapnąć dla siebie. Niestety zobaczyłem mrok: nudę, pokrywanie własnych zainteresowań chronologią, datami i obowiązującymi podjarkami, a nawet usuwanie z blogów treści z powodu niezaakceptowania ich przez serwisy społecznościowe lub przypadkowych czytelników. Ktoś tam odniósł się do własnego życia, ale w sposób tak czerstwy, że nie wierzę, aby miał z płytami jakiekolwiek przygody, a o to po trosze w blogach chodzi. Jedyny dopuszczalny tu nerd to obsesyjne pragnienie ujrzenia co za pagórkiem. U bazy tych słabości leży prawdopodobnie prowizorka ideologiczna, zerowe oczytanie, po łebkach traktowane zainteresowania i obok braku wiary we własne siły, brak scementowanego pomysłu na inicjatywę, bo nic co konkretne nie uległoby wciąż jeszcze uparcie raczkującemu i rzadkiemu w konsystencji polskiemu Internetowi.


http://fightsuzan.blogspot.com/2009/06/happy-b-day.html

środa, 2 grudnia 2009