
Nie ma chyba postaci ani płyty, która w 2006 bardziej podzieliłaby fanów amerykańskiej sceny indie/folk.
Drugi album Joanny Newsom „YS” niechętni opisywali jako pseudo-baśniowe, pseudo-poetyckie wyczyny egzaltowanej panienki. Dziwny starczo-dziecięcy wokal, wyśpiewywane opowieści z nawiązaniami do klasyki literatury i mitologii, archaiczna stylizacja tekstów, okładka z manierystycznym portretem wokalistki – wiele elementów mogło indie-hipsterów w wizerunku i muzyce piosenkarki irytować. Szydzono się też ze słuchaczy Newsom – snobów, którym łatwo wcisnąć pseudoartystowską manipulację. Na wysokości zadania stanął magazyn „The Rolling Stone”, oceniając płytę bardzo nisko – a to zawsze w przypadku albumów wybitnych jest rekomendacją. Czy poza najnowszym dziełem Comy i Piotra Rubika ukazała się w zeszłym roku na świecie płyta o większym potencjale polemicznym?
Tresura lewej półkuli
Autorka jednej z najbardziej ekscentrycznych płyt 2006 roku nie ma żadnej strategii prowokacji ani autopromocji. Nie znajdziemy w jej biografii zbyt wielu atrakcyjnych medialnie wątków. Żadnych wydarzeń, skandali, którymi żywią się dziennikarskie sępy z kolorowych magazynów. Harmonijny rozwój, ciężka praca, pasmo małych sukcesów – anatomia sukcesu Newsom nie jest spektakularna..
24-letnia harfistka urodziła się w górskim miasteczku Nevada City w Kalifornii, kilkutysięcznej społeczności hipisowskich artystów i intelektualistów (w tej samej mieścinie mieszka też np. kompozytor Terry Riley). Jej rodzice są lekarzami, ale od lat 60. uczestniczyli w ruchu hipisowskim i działali społecznie, angażowali się w organizacjach wolnościowych. Dom Newsom był wypełniony muzyką. Mama grała na afrykańskich bębnach, rodzeństwo studiowało grę na klasycznych instrumentach (brat Joanny, John Gavin Newsom, jest obecnie burmistrzem San Francisco). Dzieci były zresztą bardzo systematycznie przyuczane do kreatywnych zajęć „Rodzice mieli dużą wiedzę z zakresu psychologii i chętnie wykorzystywali ją w praktyce, w naszym wychowaniu. Kładli szczególny nacisk na wykorzystanie przez nas lewej półkuli mózgu. Mama zaraziła mnie miłością do muzyki, ojciec – miłością do literatury. Co tydzień kupował mi nową książkę i wkładał ją pod poduszkę, więc siłą rzeczy dużo czytałam” - opowiadała w wywiadzie dla The Wire. Największy wpływ na rozwój Newsom miał jednak nauczyciel gry na harfie. „Na pierwszej lekcji powiedział mi, że mam próbować improwizacji. Na wszystkich zajęciach przez pół godziny improwizowaliśmy. Potem zachęcał mnie, żebym pisała własne utwory. Głównie dzięki niemu dziś robię to, co robię. Poza pisaniem piosenek moje zainteresowania są tak żałośnie nieciekawe, że nawet nie ma co o nich wspominać” - podsumowuje siebie Newsom. Jest też absolwentką popularnego w Stanach wśród artystów/pisarzy/muzyków – podobnie jak choćby bard Sufjan Stevens - kursu „kreatywnego pisania”. Jej piosenki są mozaiką odniesień literackich,gier słów brzmień, katalogiem rzadko używanych wyrazów.

Ekstremalna harmonia
Życie Joanny jest poukładane i podporządkowane muzyce. Od 8 roku życia zajmowała się głównie grą na harfie. To trudny instrument, który wymaga konsekwencji i regularności. Studiowała techniki gry z różnych zakątków świata – Wenezueli, Senegalu, klasyczną zachodnioeuropejską. Śpiewa dopiero od 18 roku życia. Jej pierwsza taśma demo, „Walnut Whales” (2002) trafiła przez znajomych do legendarnego piosenkarza alt-country Willa Oldhama (znanego jako Bonnie „Prince” Billy). Ten zaprosił Newsom na trasę koncertową, dzięki czemu wkrótce została dostrzeżona przez szefów małej wytwórni indie-folkowej Drag City.
Nic dziwnego, że po wydaniu pierwszej płyty, uroczego „Milk-Eyed Mender” (2004) Newsom kojarzona była ze sceną freak-folkową i alt-country czy szerzej, sceną indie. Występowała przecież razem ze Smog (Billy Callahan to jej chłopak) i Devendrą Banhartem – trafiła na orbitę sceny indie jako „ta dziwna panna z harfą”. O ile jednak „Milk-Eyed Mender” mieściło się w ramach amerykańskiej sceny folk, to „YS” jest dziełem zupełnie innego formatu. Newsom jest postacią z zupełnie innego świata, nie ma wiele wspólnego z Cat Power. „Ona jest jak Prometeusz, który przyszedł obdarować lud indie-rockowy elitarną tradycją muzyczną” - podniecał się na łamach Pitchforka recenzent jej koncertu. Podobnie jak wybuchy reporterskiej fantazji, łatwo przychodzą porównania do Joni Mitchell, Kate Bush czy Bjork. Zresztą rozmach YS” w pełni do nich uprawnia. Bo mamy do czynienia z osobowością podobnego formatu.
Newsom może mówić o wyjątkowym przywileju. Nie na każdej płycie udzielają się takie sławy jak legendarny współpracownik Briana Wilsona z Beach Boys Van Dyke Parks (odpowiedzialny był za piękne orkiestralne aranże „YS”) - z którym Newsom przez wiele miesięcy konsultowała niemal każdy szczegół akompaniamentu. Wśród współpracowników znalazła się też instytucja amerykańskiego undergroundu rockowego Steve Albini (ustawiał brzmienie w studiu nagraniowym) oraz łączący te dwa odległe światy - Jim O'Rourke. Całość nagrana została w mitcznym studiu Abbey Road. Nic dziwnego, że „YS” okazało się najdroższym albumem w historii Drag City.
Uderzający jest kontrast między niezwykłą ambicją projektu Newsom (5 utworów trwa razem 56 minut), a skromnością samej osoby piosenkarki. Urok to trudny do uchwycenia. Schowana na koncertach za wielką harfą rzadko się odzywa, uśmiechając , wypowiadając grzeczne, nawet przesadnie słodkie „thank you”. Zapytana w wywiadzie o muzykę, której słucha, odpowiada niepewnie, ze uśmiechem - znakiem zapytania: „muzyka z zachodniego Senegalu, z Wenezueli, dance, Motown, hip-hop, rock: Talking Heads, Silver Apples” - jakby czuła się wywołana do tablicy, niespecjalnie pewna swoich gustów. Jednocześnie to bardzo wygadana osoba. Słowa w rozmowie natomiast dobiera powoli, z namysłem, pytająco, Trafiając zwykle w sedno. „Mam problemy z wypowiadaniem się, ekspresją emocji. Zbawiennym dla mnie jest fakt, że niektóre uczucia umiem przekazać tylko w formie piosenek. Ale poza nimi – mam z tym problemy” - mówi o sobie z zakłopotaniem. Co nie przeszkadza jej jednak odważnie nieść kaganek oświaty ciemnemu indie-rockowemu ludowi.
Piotr Kowalczyk
Sny o literach czyli skąd się wziął tytuł „YS”:
Nazwa „YS” pochodzi z baśni celtyckich. To mityczne podwodne miasto, zatopione z powodu postępujacego w nim upadku moralnego (do zniszczenia tamy skłonił mieszkańców pan Szatan). Do dziś słychać dobywajace się spod wody bicie dzwonów. Newsom wpadła na pomysł nazwania w ten sposób tej płyty przez przypadek. W wywiadzie dla Wire'a opowiadała, jak regularnie śniły jej się 2 litery – Y i S i wiązały się one z piosenkami, nad którymi pracowała. Uznała więc, że płyta musi zawierać w tytule te 2 znaki a także że musi być to tytuł jednowyrazowy. Ponadto, jedna z jej piosenek zawiera opis brzmienia podwodnych dzwonów – potem z podobnym motywem zetknęła się w legendzie. A ponieważ krótkich słów z literami Y i S nie ma w języku angielski zbyt wiele, więc wybór był oczywisty.
["Machina", przełom 2006 i 2007; wersja bez redakcji]






















