Wywiad z Jankiem Piętką, wokalistą i tekściarzem i okazyjnie basistą zespołu Pustki
Sceneria wywiadu: próby dźwiękowe przed koncertem z okazji Dnia Polskiego Radia na parkingu przy ulicy Malczewskiego na warszawskim Mokotowie. Z Jankiem Piętką zasiadamy w old-schoolowym Pustkowym vanie, chcąc oddalić się od źródła dźwięku - próbującego właśnie zespołu Tosteer.
Graliście ostatnio koncerty za granicą...
Zagraliśmy dwa koncerty we Francji – w Dunkierce i w Lille. Mieliśmy zaplanowany też koncert w Berlinie, ale on nie wypalił. Graliśmy w Dunkierce na festiwalu „God Save The Cranes”. Skład był międzynarodowy. Z Francji były zespoły eksperymentalne. Był zespół z Niemiec, z byłego NRD, który grał fuzję Metalliki i Motorhead i gość wyglądał jak James Hetfield i był bardzo nieprzyjemny. Grał jeszcze zespół z Łotwy. W Dunkierce było bardzo fajnie, to był koncert w takich starych dokach portowych. Byliśmy dobrze przyjęci. W Lille graliśmy bardziej kameralny koncert. Mieliśmy problem z samochodem, poza tym na koncert przyszło mało osób. Ale też było śmieszne, najbardziej podobaliśmy się chyba właścicielowi klubu, a wszyscy, którzy byli na koncercie kupili od nas płyty. Wyjazd był udany, chociaż z przygodami. We Francji graliśmy w ramach Roku Polskiego.
Czujecie się reprezentantami „polskości”?
Poniekąd tak – graliśmy po polsku, polskie piosenki z polskimi tekstami. Podeszliśmy bez spinki do tego. Podobał się Francuzom trzeszczący polski język.
To jest fajne, że możesz śpiewać po polsku, jadąc za granicę, ale żeby osiągnąć coś więcej, to niekoniecznie jest to twoim atutem... Zastanawialiśmy się nad tym, czy nie śpiewać po angielsku. Dla mnie to jest trochę bez sensu. Mógłbym śpiewać po angielsku, jeśli bym wiedział, że nasza muzyka jest na maksa polska, że to jest tak polskie i tak nasze, że ja mogę do tego zaśpiewać po angielsku. Bo sytuacja, że będę grał britpopowe piosenki i jeszcze będę je śpiewał po angielsku to już jest syf – wwożenie drzewa do lasu.
To jest przypadek zespołu Tosteer albo Marcina Rozynka, którzy będą tu po was grali...
Albo Myslovitz, którzy jadą za granicę i śpiewają angielskie piosenki po angielsku. Dla mnie to jest...
Z okazji wydania drugiej płyty „8 Ohm”, podkreślaliście, że staracie się nie naśladować jakichkolwiek wzorców z zachodu... Padały określenia „muzyka ściany wschodniej”, swojskość bez obciachu, muzyczny patriotyzm. Na czym to polega w waszym przypadku?
Z jednej strony może trochę na wyrost sobie przyczepiliśmy taką łatkę, żeby być polscy, a z drugiej strony po tych koncertach we Francji słyszeliśmy bardzo śmieszną rzecz. W Lille pytamy się kolesia „no i jak tam muzyka, czy ona jest jakaś polska...?”. A on: „powiem wam, że bębny i gitara dosyć normalnie, ale klawisz i wokal to tak niespotykanie, m o n o t o n n i e bardzo. U nas się tak nie śpiewa i nie gra na klawiszach”. Może to jest ten element polskości – monotonia, melancholijna, słowiańska dusza. (śmiech) Gdzieś to tam siedzi, w tych melodiach, harmoniach.
Wiadomo, że nie da się uciec od muzyki, która płynie z zachodu, z południa i z północy - nie powiem nic nowego na ten temat. To jest po prostu olbrzymia praca, żeby wypracować własny styl. Im dłużej gram, tym bardziej widzę, ile to jest roboty. To jest dużo grania, ale, tak naprawdę, jeszcze więcej myślenia.
Drugą płytę zrobiliście chyba właśnie bardziej przemyślaną...
Zdecydowanie. Pierwsza płyta to był hardkor – nagraliśmy demówkę, chwilę pograliśmy, nagrywamy płytę. Ogromna energia, fascynacja dźwiękiem i nagrywaniem. Wszystko pierwszy raz – mega przeżycie. I to wyszło na debiucie. Ale wszystko ewoluuje, my się zmieniliśmy i druga płyta też jest inna.
Pod jakim względem? Jesteście lepszymi muzykami?
Myślę, że nawet w czysto technicznym znaczeniu jesteśmy lepsi. Rozwój jest nieodzownym elementem. Każda następna płyta musi być lepsza – inaczej coś jest nie tak.
Wiesz, nie jesteśmy wypierdalaczami gitarowymi. Ostatnio w piśmie dla techników „Gitara I Bas”, była recenzja 8 Ohm. Więc jeśli będziesz w Empiku, nie kupuj proszę tej gazety (śmiech), tylko sobie zerknij w dział recenzje, w ostatniej „Gitarze I Basie”, przeczytasz sporo ciekawych rzeczy. Na przykład: „Gitarzysta od czasu do czasu zagra jakieś tam swoje gnomiczne solówki” (śmiech)
Jak wygląda wasz system pracy? Dużo gracie prób?
Staramy się grać raz w tygodniu. W weekendy urządzamy w Ostrówku, długie sesje, na które Filip, nasz basista, dojeżdża z Wrocławia.
Wymyśliliście podobno kilka nowych kawałków...(w czasie koncertu, który grali później tego samego dnia zagrali jeden, super-chwytliwy „Telefon do przyjaciela” )
One są w jakiś sposób powrotem do takiego spontanu. Jeszcze nie mamy koncepcji, jak ma brzmieć ta następna płyta, ale chyba będzie trochę prościej i surowo.
Mi się ostatnio na przykład bardzo podoba Jim O’Rourke – nie wiem czy słyszałeś....
Mam w domu Insignificance.
Kurde, to jest gość. On ma odpały instrumentalno-eksperymentalne, płyty z Johnem Zornem, i tak dalej, ale jego piosenki... Dla mnie idealną piosenką jest taka z zajebiście prostą melodią, ale nie za prostą, i wysmakowana aranżacja – minimalistyczna, z jakimiś smaczkami ale z „tym czymś”.
Ostatnio kupiłem sobie też płytę Lauryn Hill z MTV Unplugged i też mnie rozwaliła. Nigdy nie słuchałem dużo czarnej muzyki, ale ta płyta jest genialna. Dwupłytowy album, ale w ogóle się nie nudzi, wszystkie kawałki z gitarą są niesamowite.
Macie zamiar wydać singla.
To jest tak naprawdę singiel dziennikarski „Doskonałe popołudnie”, dla rozgłośni radiowych.
Wierzysz, że pojawi się on gdzieś poza „Trójkowym Ekspresem”?
Dużo lokalnych rozgłośni gra nasze kawałki. Teraz na trasie byliśmy np. w Kołobrzegu, w jakiejś lokalnej rozgłośni – i tam grali Pustki. Poza tym Radio Bis gra dużo Pustek. Gość z Biski powiedział nam, że co najmniej trzy razy dziennie lecą Pustki.
A jak w ogóle układa się wam współpraca z Polskim Radiem?
Nie chcę nic złego mówić na Polskie Radio, ale raz jest lepiej, raz jest gorzej. To trochę skostniała instytucja, tkwiąca jedną nogą w poprzednim systemie. To jest olbrzymi moloch i bardzo ciężko załatwić niektóre sprawy, ale generalnie jesteśmy zadowoleni.
Jesteście zespołem starającym się nie trzymać jednej określonej konwencji. Zespół Tosteer (który akurat ma próbę) robi coś przeciwnego. Zresztą takich kapel wychodzi teraz na pęczki – teraz usilnie jest promowany zespół Ptaky...
Wiesz, ja lubię zespoły myślące, najogólniej, którzy zastanawiają się nad tym, co grają. Można grać każdy rodzaj muzyki, ale to musi być robione z głową.
Ostatnio zamknięto klub Jazzgot, Laboratorium, Galerię Off. Niedługo nie będziecie mieli gdzie grać – zostaną wam takie plenery...
Ja mimo wszystko jestem optymistą. Nie przyjmuję do siebie myśli, że wszystko schodzi na psy i polski rynek muzyczny jest do dupy. Wierzę w pracę . Jak trzeba będzie, to będę wstawał o 7 rano i pracował 10 godzin.
Studiujesz na Katedrze Sztuki Politechniki Radomskiej...
Nie dokończyłem tych studiów, mam rozbabraną pracę magisterską o plakacie polskim. Jesteśmy na tyle mocno zaangażowani w robienie muzyki, że zrezygnowałem z pracy w agencji reklamowej, bo nie miałem czasu, żeby usiąść i pomyśleć o nowym kawałku czy żeby napisać tekst. W tej chwili mam niedokończone studia, nie pracuję – na 100% zaangażowałem się w zespół.
A sztuka cię jakoś inspiruje jako muzyka albo tekściarza?
Chyba nie. Niektórzy podobno widzą muzykę kolorami, ale ja tak nie widzę, poza tym jestem daltonistą. (śmiech) Jakoś nigdy tego nie łączyłem. Wkurza mnie np. słuchanie muzyki i przekładanie jej na jakieś obrazy – np. że teraz nadciągają chmury, teraz spadnie deszcz, a teraz ćwiergolą wróbelki. To jest dla mnie jakaś pomyłka – tak nie wolno słuchać muzyki. Muzyka jest czystą muzyką i niczym poza tym. Nie widzę obrazów, słyszę tylko dźwięki.
[Warszawa 26.09.2004, wywiad ukazał się w "Zine'ie"]
Inny pop
Pustki Do Mi No Polskie Radio 2006
(5/6)
Pustki są obecnie jedną z najciekawszych polskich kapel gitarowych. Koncertują po Europie Zachodniej, angażują się w nietypowe projekty (muzyka do sztuki teatralnej Przemysława Wojcieszka i do radzieckiego filmu niemego „Aelita”). Również w głównym, albumowym nurcie swojej twórczości zespół prezentuje się mocno jak nigdy dotąd. Piosenki Pustek, muzycznej międzymiastówki (w składzie zespoły mieszkańcy Wrocławia, Radomia, Warszawy i Ostrówka), są lekkie, melodyjne i subtelne. To pop na wysokim poziomie, zaaranżowany i skomponowany z dużą wrażliwością. Uwagę zwracają teksty – poważne, nieraz bardzo osobiste, ale pozbawione radiowego banału. Choć lista inspiracji Pustek jest długa – od przez rodzimą klasykę piosenki (Lech Janerka, Marek Grechuta, Kryzys) przez gitarową awangardę Sonic Youth po motorykę niemieckiego kraut-rocka i nerw post-punka. Sami wymyślili na potrzeby promocji hasło Muzyka Ściany Wschodniej, które ma oznaczać ich odcięcie się od obowiązujących mód. Rzeczywiście coś w tym jest – z nikim jednoznacznie Pustek porównać się nie da.
["Gazeta Studencka", wiosna 2006]
Demokracja z bójką w tle
Wywiad z Radkiem Łukasiewiczem, gitarzystą, wokalistą zespołu Pustki
Wróciliście niedawno z kolejnej trasy koncertowej po zachodniej Europie. Jak "muzyka ściany wschodniej" jest przyjmowana na zachodzie?
Bardzo fajnie. Są to udane wyjazdy od strony organizacyjnej i artystycznej. Zwykle gramy tam bardzo dobre koncerty. Czasem koncert grany za granicą na festiwlau jest dużo lepiej zorganizowany niż koncert w kraju, który jest kompletną amatorką. Natomiast jeśli chodzi o sprawy artystyczne, to wszystko się układa dobrze. Jesteśmy być może traktowani jako taka ciekawostka ze wschodu, ale ludzie są ciekawi, jak się na tym wschodzie gra. To jest ważne. Jak graliśmy w Norwich w Anglii, koncert był wyprzedany. Występy berlińskie też miały świetną frekwencją. Przychodzili do nas ludzie po koncercie w Anglii i pytali się, dlaczego nie chcemy przyjechać na trasę do Anglii, przecież tak łatwo ją zorganizować, wy macie takie specyficzne brzmienie. To jest zupełnie inne podejście do świata, nie dziwię się, że z takim podejściem mają tam tyle świetnych zespołów. Niedługo mamy kolejne koncerty za granicą. W maju pojedziemy np. do Lwowa. Generalnie koncerty dla zagranicznej publiczności są dość ekscytujące - jesteś tabula rasa, grasz dla zupełnie nie znającej cię publiczności. Musisz się obronić samą muzyką.
To jest podobna sytuacja do tej sprzed 5 czy 6 lat, gdy nikt was nie znał i na koncertach zdobywaliście sporo fanów...
Tak, z tym że teraz mamy więcej doświadczenia. Wiemy, jakie patenty zastosować, jakie utwory dobrać, pod tym względem mamy przewagę, ale tak naprawdę to jest podobne. Jesteś tak dobry, jak cię słyszą, jak wypadasz na koncercie, bo pod inną postacią nikt cię nie zna.
Ale w Polsce macie już chyba po 3 płytach ugruntowaną pozycję.
To się okazuje dopiero za każdym razem. Zależy ile osób przyjdzie na koncert, to pozycja jest bardziej lub mniej ugruntowana. Coraz więcej ludzi nas zna, nasze nowe piosenki dotarły do szerszego grona niż poprzednie. Ale to nie jest też tak, że jesteśmy jakimiś tam wiesz... Że mamy zabookowane wszystkie Dni Mrągowa, eventy dla firm i trasę po uzdrowiskach.
"Do Mi No" to chyba wasza najbardziej popowa płyta.
Zależy, kto jak pojmuje pop. Dla niektórych to może być płyta popowa, a dla moich rodziców to ciągle jest jakaś tam prawie że awangarda. Album się sprzedaje dobrze - więcej niż w poprzednim okresie dwie poprzednie razem wzięte. Jest też większe zainteresowanie ze strony mediów, udzielamy większej ilości wywiadów, dostajemy więcej zaproszeń na koncerty. W czerwcu zamierzamy zorganizować większą trasę koncertową promującą "Do Mi No". Ale artystycznie jest to krok podobny. Ta płyta jest na pewno inna niż poprzednie. Za każdym razem staramy się czymś zaskoczyć. To nas głównie interesuje. Mam nadzieję, że tym razem znów czymś zaskoczyliśmy, choć oczywiście słuchaczom to oceniać. Nie wiem, jaka będzie następna plyta, może jej nie będzie, ale mam nadzieję, że ją jednak nagramy. Gdybyśmy nie czuli żadnego progresu, to nie wiem, czy chcielibyśmy w ogóle grać muzykę.
Na "Dominie" jest jeden utwór instrumentalny. Większość piosenek potencjalnie mogłoby się znaleźć w radiu. Mało tu eksperymentów.
Dla nas eksperymentem było nagranie płyty z piosenkami. Nie ma tu eksperymentów w rozumieniu czystym, ale też takim najbardziej laickim. Bo dla mnie nie ma specjalnej różnicy między nagraniem dobrej piosenki a zrobieniem dobrej symfonii czy dobrej jazzowej improwizacji. Takiej różnicy nie ma. Czasami spotykam się z opiniami, że napisanie dobrej piosenki jest trudniejsze niż skomponowanie tematu filmowego. Nie chcę wartościować, co jest trudniejsze, ale jest to taki sam rodzaj sztuki. Niektórzy nam mówią, że nasze piosenki są przebojowe, a ja słyszałem masę płyt popowych z gównianymi nie do przesłuchania utworami. W jazzie też możesz zagrać improwizację bez polotu. Dla nas celem nie jest nagranie eksperymentu samego w sobie, tylko tego co jak na nas jest eksperymentalne. Może to zabrzmi buńczucznie, ale dla nas jesteśmy my krytykami pierwszymi i jedynymi. W tym momencie uważaliśmy nagranie płyty z piosenkami za eksperyment, a jednocześnie za dobry moment. Niedawno zrobiliśmy sporo rzeczy stricte instrumentalnych takich jak muzyka do filmu i do teatru. A tutaj postanowiliśmy po prostu śpiewać i nie łączyć tego z utworami instrumentalnymi czy improwizacjami. To w sumie dość naturalnie wyszło.
Czyli wcześniej się wyszaleliście jako instrumentaliści wcześniej?
Trochę tak było. Gdy np. pracowaliśmy nad muzyką do filmu Doskonałe popołudnie Przemysława Wojcieszka, to nie graliśmy piosenek przez dwa miesiące. Albo robiliśmy ścieżkę dźwiękową do radzieckiego filmu niemego Aelita. I był to moment całkowitego przeskoku - możemy zagrać koncert, nie grając żadnych piosenek. Robimy nową muzykę, tematy filmowe i ilustracyjne. Potem znów się spotkaliśmy i robiliśmy tylko piosenki. I dzięki temu moim zdaniem wyszło to bardziej spójne. To najspójniejszy z naszych albumów. Uważam, że improwizacje spełniają świetną rolę w teatrze i w filmie. Nie mówię, że nie możemy nagrywać improwizacji, bo być może zrobimy całą płytę instrumentalną, ale na razie lepiej to wychodzi w filmie czy teatrze niż na naszych płytach. Już niedługo zaczynamy pracę nad kolejną muzyką ilustracyjną dla teatru w Legnicy. Będzie to muzyka w pełni instrumentalna - ambientowa i zaaranżowana na instrumenty klasyczne. Traktujemy to jako taką higienę, popadamy ze skrajności w skrajność. Dobraliśmy się w takim składzie, który ma sporo możliwości i dużą wyobraźnię. Nie stawiamy sobie żadnych granic i spokojnie możemy zrobić płytę piosenkową, a za chwilę muzykę do teatru na instrumenty klasyczne i akustyczne. To są takie dwa nasze "ja".
Wygląda na to, że tym razem bardzo starannie podeszliście do komponowania.
Jesteśmy wobec siebie na maksa krytyczni, bardzo dużo rzeczy odrzucamy. Mieliśmy różne pomysły, które trafiały na wersję demo, większość utworów z tej płyty jest dopiero w którejś swojej wersji. W ten sposób pracujemy: nagrywamy szkice piosenek na demo po to, żeby zobaczyć jak się one prezentują choćby w prostej wersji. Myślę, że na "Do Mi No" jest niewiele przypadkowych dźwięków, nie stawialiśmy na improwizowanie w studiu. Większość rzeczy było zaplanowanych i skomponowanych niemal z partyturą w ręku. Podchodząc do muzyki rockowo-popowej, chcemy to robić w sposób bardziej zdyscyplinowany. Podoba mi się niemiecka dyscyplina takich zespołów jak Can czy Kraftwerk, ten ascetyzm. Myślę, że albo powinno się nagrywać płytę właśnie w ten sposób albo wręcz przeciwnie - nic nie planować i grać totalne improwizacje. My staramy się wszystko planować, ale to jest tylko jedna z dróg. Niewykluczone że następną płytę nagramy, nie planując absolutnie niczego.
Godzenie pięciu równoprawnych twórców to chyba dość wyczerpujące zadanie.
Samo granie prób w takim składzie jest dosć dużym wysiłkiem. Bo my się np. bardzo często kłócimy. To pierwsza płyta nagrana Pustek jako kwintetu, wcześniej Baśka dużo mniej się udzielała. Teraz każdy mgł rzucić pałką perkusyjną w głowę wokalisty, bo takie rzeczy się dzieją u nas na porządku dziennym. Mocno się kłócimy i ścieramy. Czasami się bijemy, żeby przekonać innych do swoich racji, ale potem się przytulamy i wszystko jest ok. Mamy świadomość, że te wszystkie środowiska, z których każdy z nas pochodzi, każdy z nas z innego, to dobrze się stało, że jesteśmy taką mieszaniną. Pomimo tego, że są takie tarcie na polu artystycznym, to staramy się jednak to pielęgnować i że ma to w sobie jakąś siłę, która nas nakręca. Nie wiemy, kto coś inny zaproponuje. Spotkania na próbach są najciekawsze, bo się zaskakujemy nawzajem.
Czyli nie ma w Pustkach zdecydowanego lidera i każdy może dorzucić swoje pomysły?
Każdy może swoją cegiełkę dorzucić, ale zawsze przychodzi moment, kiedy ktoś musi powiedzieć, ok, tego tu nie będzie, to będzie, a to nie. Od strony artystycznej jest u nas demokracja, ale to musi być zawsze z jakąś spójną wizją. Tak jak ci mówiłem, są u nas bójki i to na poważnie i czasem ktoś musi ostatecznie zadecydować, kto kiedy przestaje grać. Nie chodzi tutaj o takie liderowanie, wiesz, zespół "ktoś tam and his band". Nie ma osoby, która przyniosłaby na płytę 10 utworów, powiedziała, kto co ma zagrać i jak zaśpiewać, przyniosła słowa, melodię i wszystko. Ale ktoś zawsze taki jest, kto stara się to zebrać w całość.
A więc lider zmienia się z utworu na utwór?
Czasami tak, chociaż ja czuję się jako ten, który w studiu spędził najwięcej czasu - przy wszystkich trzech płytach. Nie każdy ma siłę, żeby siedzieć w studiu, ja akurat to lubię. Dlatego czuję się ojcem niektórych dźwięków. Zresztą my stosujemy tzw. metodę Prince'a czyli nagrywamy więcej dźwięków, więcej partii instrumentów, jakieś 150%. A potem ktoś zostaje w studiu i decyduje o charakterze utworu. Przy miksie ogałacasz do najcenniejszych partii.
Na poziomie tekstów Do Mi No to strasznie pesymistyczna płyta.
Za teksty odpowiedzialny jest głównie Janek Piętka. One są, z tego co wiem, odzwierciedleniem psychiki tego, co się działo w zespole i jednego z członków zespołów. Przy okazji poprzedniej płyty miał dużą tragedię. To była autentyczna historia rozstania, napisał ją bez ściemy, całkiem poważnie. Po raz pierwszy zdobyliśmy się na taką szczerość. Staramy się nie być dosłowni. Lubimy mówić trochę obok, ale po raz pierwszy teksty są takie szczere i osobiste - działy się różne rzeczy przykre. Może łatwiej pisze się o rzeczach smutnych. Może sami oddajemy ten klimat - miejsca i kraju, w którym żyjemy.
Nie baliście się, że przy tak osobistych tekstach łatwo wpaść w banał? Że grozi wam nadużywanie słów "sens" i "czas" a la, nie przymierzając, Kasia Kowalska?
Jak słuchasz piosenek popowyvch to wszystkie rymy są "się", "cię" plus teksty typu "chodźmy już stąd", "złap mnie za rękę", "cały świat znika", "ucieknijmy sTĄd". Pod względem tekstów też jesteśmy bardzo krytyczni. Tutaj się nie ma czego bać. Jeśli masz jakiś konkret i wiesz, o czym napisać, to już jest coś. Nie ma patentów na dobre teksty, ale jeśli uważamy, że coś jest złe, to nie dajemy tego na płytę.
Każdy z was jest z innego miasta. Ty akurat z kilkutysięcznego Ostrówka. Czy rzeczywiście jest tak, jak śpiewa Janek na płycie, że "liczą się tylko duże miasta"?
Nie piszemy tekstów stricte punkowych, nie ma tu żadnego nawiązania do "Generacji Nic" czy czegoś podobnego. Od tego się raczej odcinamy. Ale jakby duże miasta to dla wielu ludzi jest jedyna możliwość przeżycia, rozwoju, możliwość robienia czegoś ciekawego. Jest to smutne, bo np. wolę wieś, ale od kiedy zasmakowałem w warunkach i potrzebach miejskich, to wieś mnie niestety nie zaspokaja tak jak kiedyś. Muszę niestety w Warszawie pracować. Pustki większość koncertów grają w dużych miastach, choć ja proponowałem zrobić trasę koncertową na wsiach, ale wiem, że tam słuchaczy nie znadjdziemy. Jest to smutne, bo wieś jest dla mnie duchowo bliższa niż miasto.
Czujesz się celebrity Ostrówka?
Jesteśmy kojarzeni jako ci co grają. Jak ktoś czasem przyjeżdża i nie może znaleźć nas, to się pyta o Radka Łukasiewicza - a, to ten, co gra - tutaj wszyscy się znają. Ja nie żyję już tak życiem Ostrówka, jak w podstawówce czy liceum. Ale nadal gramy tutaj próby.
[niepublikowany wywiad, przeprowadzony dla "Gazety Studenckiej", wiosna 2006]
Pustki Koniec kryzysu Agora
(7)
Poprzedni album Pustek, Do Mi No, był zapisem “kryzysu końca studiów” i konfliktów wewnątrz zespołu (coś jak, z zachowaniem proporcji, Rumours Fleetwood Mac).
W ciągu krótkiego czasu odeszli z zespołu basista Filip Zawada i założyciel grupy, wokalista, Janek Piętka. Jego obowiązki przejęła niemal w 100% Basia Wrońska, która – nie ma co ukrywać – potrafi ze swoim głosem zrobić znacznie więcej niż poprzednik. Pustki nagle zyskały werwę i rozmach. Dowodem singiel "Parzydełko", gdzie Wrońska daje popis w refrenie. Pustki zyskały też pewność siebie i lekkość. Porywają się np. na pastisz amerykańskiego garage-rocka lat 60 ("Chcę zrozumieć źle"). Porywają się nawet na dźwiękową metonimię, jak w utworze "Nuda", spuentowanym wdzięczną tekstową medytacją nad tytułowym uczuciem. W końcu, dawno Pustki nie brzmiały tak dobrze. Maciej Cieślak to jednak uznana firma. Nowy basista, Szymon Tarkowski (na co dzień Płyny) wygrywa bardzo charakterystyczne partie basu i nie dodaje Pustkom głębi oraz brakującej wcześniej trochę naturalności (choć w najbardziej opartej o linię basu "Jesieni" udziela się gościnnie kontrabasista).
Koniec kryzysu, jest chyba najbardziej ironicznym tytułem, na jaki warszawski zespół mógł się zdecydować. Pomijam już najnowsze doniesienia z rynków. Ale gdzie niby tutaj to lepsze samopoczucie? Gdzie amnestia? Gdzie miłość, fajność i lans? Coś, co miało być miłe i ze wszechmiar korzystne, wcale takim nie jest. Jednym słowem: "Nie tak miało być". "Sentymenty" zmieniają się nagle w "Senty Menty". Bohaterka "Parzydełka" idzie wziąć kąpiel w kostkach lodu, a w innej piosence umiera stojąc w korku dzięki tytułowej czerwonej fali. Najbardziej celna tekstowo polska płyta od czasu Terroromansu.
[remix recenzji z "Pulpa", październik 2008]
0 komentarze:
Prześlij komentarz