wtorek, 9 grudnia 2014

Kanon barbarzyńca


Anton Webern Wariacje op. 27

Kanon Muzykoteki Szkolnej, czyli 130 utworów muzyki klasycznej, które warto znać od dziś pod adresem www.muzykotekaszkolna.pl/kanon.

środa, 12 listopada 2014



Na Porcys leci ranking 100 najlepszych polskich płyt XX wieku, a ja skomentowałem #100 w podsumowaniu, czyli album Prymityw T.Love'u.

wtorek, 4 listopada 2014



Hype Williams One Nation Hippos In Tanks

4/5

Podopieczni wytwórni Hippos In Tanks, projekty takie jak Games, d'Eon czy omawiani tutaj Hype Williams tworzą dźwięki na pograniczu lo-fi i familiarnych, popowych gatunków (r'n'b, mainstreamowy 80'sowy pop, reggae, hip-hop, new age) ubranych w niepokojącą aurę. Dean Blunt i Inga Copeland nazwę swojego projektu ukradli popularnemu reżyserowi „czarnych” teledysków. Ich największy „przebój” to odrealniony cover „The Sweetest Taboo” Sade. Znalazł się on na zatytułowanym na gangsta-rapową modłę albumie „Find Out What Happens When People Stop Being Polite And Start Gettin Reel”.

Jak widać Hype Williams grają różnymi poetykami w sposób bardzo zręczny. Niewiele natomiast wiadomo o nich samych. To być może najbardziej tajemniczy londyńscy artyści od czasów Buriala. Metody ich działania doskonale oddają ducha naszej epoki, w której zmagamy się z przesyceniem internetowymi bodźcami i nadmiarem łatwo dostępnej starej muzyki.

Kompletnie nie rozumiem więc fatalnej prasy, jaką zbiera album tego ostatniego projektu „One Nation”. Dla mnie ta płyta to jak fascynująca wycieczka na popkulturowe wysypisko śmieci, rodzaj scenerii po wybuchu bomby informacyjnej. Londyńsko-berliński duet imituje działanie melancholijnego archiwisty. Nadmiar historycznych warstw do uporządkowania spowodował, że badacz porzucił robotę w połowie a w jego folderach z mp3 zapanował chaos. Miesza więc w odrealnionych proporcjach lo-fi dub z techno i muzykę z zapomnianych programów telewizyjnych z r'n'b, gdzieś w końcu pobrzmiewa hip-hop z południa USA i zimny instrumentalny grime z Londynu. Hype Williams niespecjalnie przykładają się do produkcji i do formowania pełnokrwistych kompozycji. Ta płyta to raczej przekonujący wykład na temat tego, że coś się w kulturze definitywnie skończyło i przyszłość w muzyce to pomysł mocno przeterminowany.


["Machina", czerwiec 2011]

środa, 29 października 2014

The Dream 2014




Moja relacja z festiwalu Unsound dla Dwutygodnika.

środa, 17 września 2014

Zdarza się, że zapominam o czasie, walczę z nim

Fundacja Bęc Zmiana i Lado ABC wydają w Polsce twój najnowszy album, „Zemsta Plutona”. Czego możemy się po nich spodziewać?

'Zemsta Plutona” to mój solowy album. W planach miałem go od czterech lat. Wiele kompozycji grałem już na żywo. Po drodze pojawiło się wiele opóźnień, zmian, ale w końcu zdecydowałem się wydać ten album samodzielnie przez label ZickZack z Hamburga. To jedna z najważniejszych wytwórni jeśli chodzi o nurt „Neue Deutsche Welle” - radykalny ruch powstały pod koniec lat 70., zespoły takie jak Einsturzende Neubauten, Tödliche Doris, Palais Schaumburg, Abwärts. Niektóre z tych zespołów istnieją do dzisiaj.

Czym było NDW?

NDW na początko było undergroundowym ruchem, które było najbardziej radykalnym nurtem artystycznym w powojennych Niemczech, ale zostalo przejęte przez przemysł muzyczny i wykorzystane jako komercyjny termin, żeby sprzedawać kiepskie popowe zespoły. Byłem młody ale słuchałem wszystkiego, co było w tamtym czasie wydawane i wydawałem swoją muzykę na kasetach. Szef tego labela, Alfred Hilsburg, odkrył mnie na jakimś festiwalu, gdy byłem nastolatkiem i miałem zespół Egozentrischen 2, zorganizował mi kilka koncertów. Robiłem muzykę od 11 roku życia. Ten label chciał wtedy wydać moje rzeczy, nigdy do tego nie doszło. Zgłosiłem się do nich teraz. Ten gość ma teraz 60 lat a za sobą dość burzliwe życie.

Tytuł „Zemsta Plutona” sugeruje, że będzie to kreskówka albo słuchowisko w otoczce sci-fi.

Zawsze chciałem zostać twórcą kreskówek, kiedy byłem nastolatkiem robiłem animacje i rysowałem. Ale w pewnym momencie stwierdziłem, że akustyka i kompozycja jest moją silniejszą stroną. Chociaż science-fiction, astronomia były również były moimi wielkimi inspiracjami. Jako dziecko chciałem być astronomem. Pierwszy mój regularny album solowy „Matki wandalki” był zatytułowany po polsku, chciałem kontynuować ten trend. „Zemsta Plutona” nawiązuje do faktu, że Pluton został wykluczony z grupy planet Układu Słonecznego. Odbył się wielki kongres astronomiczny, który zadecydował że Pluton nie spełnia definicji planety. Dla mnie jest to metafora ludzkiego zachowania, zmieniania standardów. Nagle decydujemy, że ktoś nie istnieje lub nie należy do pewnej zbiorowości. Pluton był, ze swojej natury, planetą ekscentryczną, znajdował się daleko od centrum, może dlatego też został wykluczony. Pluton oznacza także boga podziemnego świata, stwierdziłem, że to również ładny obrazek. Władca Hadesu dokonujący zemsty.

W grudniu spodziewany jest twój album z Mitch And Mitch. Wiem, że się kolegujecie, ale robicie bardzo różne rzeczy. Gdzie wspólny mianownik?

Mamy wiele takich samych płyt w domu. To, co zrobiliśmy jest trudne do zdefiniowania. Rozmawialiśmy z Maciem co chcieliśmy zrobić, ale nasze dyskusje przypominały bardziej bełkot, nie potrafiliśmy tego nazwać. Myślę, że ostatecznie to miks muzyki jazzowych big bandów, takich jak Dona Ellisa, muzyki filmowej z filmów kryminalnych, z Raymondem Scottem i muzyką syntezatorów. Pewnie płyta będzie bardziej minimalistyczna niż to, co robi Mitch And Mitch. Jeśli przyjrzysz się temu co robię, to mimo że moja muzyka jest elektroniczna, używam klasycznych technik kompozycyjnych. Mógłbym dać je do wykonania orkiestrze kameralnej albo orkiestrze ska.

Wszyscy komponowali?

Songwriting należał do mnie i do Mitchów. Nie było trudno połączyć te rzeczy. Największym problemem było to, że na nagranie i zmiksowanie mieliśmy 5 dni. Całość została stworzona w tym czasie, poprzedzona niewielkimi przygotowaniami. Jestem zadziwiony i dumny z tego, co udało nam się zrobić. To jest bardzo otwarty koncept – eksperymentalny album, pomiędzy elektroniką i jazzowym bigbandem.

Co cię przyciąga do Polski?

Zawsze czułem się związany z Europą Wschodnią. Jestem wielkim fanem filmów dokumentalnych, szkoły łódzkiej, ostatnio oglądałem DVD Jacka Bławuta z jego filmami dokumentalnymi. Jestem też fanem wczesnego Kieślowskiego. Lubię współczesną polską klasykę, muzykę Komedy. Moja dziewczyna jest Polką.
Może to, co łączy mnie z nimi to podobne pojmowanie czasu? Kiedy tworzysz muzykę musisz zwracać uwagę na timing, na rytm, to bardzo ważne jest również przy tworzeniu słuchowisk. Jestem także producentem, to część mojego życia. Wiem, jak ważna jest dramaturgia rzeczy. Są ludzie którzy wszystko robią na czas. Przychodzą na doskonałą imprezę punktualnie. Ale mimo że atmosfera jest świetna i warto zostać dłużej, oni również punktualnie ją opuszczają. Jeśli atmosfera czegoś mi się podoba, zapominam o czasie. Walczę z nim.

Regularnie występujesz w Polsce. Jak to się zaczęło?
Większość ludzi z Polski poznałem, gdy byłem kuratorem festiwalu w Hamburgu. Musieliśmy szukać artystów ze Wschodniej Europy własnymi siłami – nie chcieliśmy polegać na tym, co sugerowały nam władze miasta.

Wydaje mi się, że niemieckie poczucie humoru jest mocno niedoceniane i widać to szczególnie w muzyce. Myślę, że Kraftwerk był kapitalnym zespołem pod tym względem.

Lubię kwestionować powagę stylów i ram, zachowań etc. Zawsze staram się zagrać w chowanego z publicznością, lubię ich zaskakiwać, wkurzać, żenować itd. Po to też żeby zaskoczyć samego siebie. Polscy muzycy uwielbiają improwizację, są spontaniczni i to też nas łączy. Nieważne, czy sytuacja jest miła, czy publika cię nienawidzi, możęsz zawsze coś stworzyć na podtawie tego. Chodzi o energię i to, co publiczność zabiera ze sobą do domu. Nie chodzi o to, żeby cię polubili i żeby ich zadowolić. Nagraliśmy z Wojciechem Kucharczykiem piosenkę disco polo – to bardzo ciekawy nurt, który można przeanalizować w kontekście triumfu kapitalizmu. Muzyka dla ludzi, którzy mają dużo pieniędzy, ale nie nadąża za nimi styl.

Wydaje się jedak, że mało jest na świecie rzeczy, które pasjonują cię bardziej niż słuchowiska radiowe.

Fascynacja zaczęła się gdy miałem kilka lat. W żadnym kraju ten gatunek nie jest tak rozwinęty i na tak wysokim poziomie jak w Niemczech. Możemy być naprawdę dumni z naszych słuchowisk radiowych. Jesteśmy krajem słuchowisk. Szkoda, że nie możemy eksportować ich na świat, bo jest barera języka niemieckiego. Czasem trudno wytłumaczyć obcokrajowcom, że to coś więcej niż dwóch ludzi czytających książkę. Słuchowiska bywają kompletnie eksperymentalne, zupełnie pozbawione języka albo całkiem klasyczne - podkłady do kryminałów. Ja siebie sytuuję oczywiście w departamencie słuchowisk eksperymentalnych. Robiłem słuchowiska o duchach i elektryczności a także słuchowisko-instrukcję. Robiłem też słuchowiska na podstawie komiksów o historii Orfeusza. Slychowisko to coś pomiędzy filmem a audiobookiem - kino dla uszu.

Wspomniałeś o Neue Deutsche Welle. Byłeś światkiem niemieckiej nowej fali jako nastolatek. Scenę współtworzyli ludzie o 15 lat od ciebie starsi. Nie miałeś poczucia, że urodziłeś się za późno? Twoje „Teenage Tapes” (płyta z 2002 roku z nagraniami nastoletniego Felixa Kubina) brzmi rasowo, jak electroclash w stylu Peaches albo Chicks on Speed. Gdyby tylko nie ten chłopięcy zmutowany głos.

Zabawne kiedy ludzie uważają, że moje „Teenage Tapes” to fałszywka. To nawet pomaga temu albumowi. Dzięki temu można nie myśleć o tym jako dziwnej muzyce robionej przez zwariowanego dzieciaka. Uważam, że Teenage Tapes brzmi interesująco, bo pokazuje spontaniczny sposób robienia muzyki. Wiele dźwięków, hałasowi, ten materiał jest naprawdę chaotyczny. Mogę zapewnić, że to jest moja muzyka z tamtego okresu, tym razem nie utworzyłem żadnej fikcji.
Wydałem też 80-minutową płytę muzyki dzieci z przedmieść Hamburga. Tam była cała scena dzeciaków robiących swoją muzykę, istniało chyba z 10 zespołów. Byłem tylko jej częścią, być może najbardziej aktywną. Wyjdzie też płyta w labelu ALAM.

W latach 90. siedziałeś na scenie noise, jednak potem zacząłeś się wobec niej dystansować.

Chciałem grać dla dziewczyn, a nie tylko dla spoconych facetów. Cała scena noise'owa była dla mnie trochę zbyt monotonna, zbyt poważna. Nawet ich wersja hałasu była bardzo samcza. Ludzie przychodzili w czarnych ubraniach, atmosfera była zawsze kiepska, bo dołerstwo jest częścią tego stylu. Miałem tego dosyć. Nigdy nie interesowały mnie dystopijne klimaty, ale noise miał interesujące elementy estetyczne – energię, jako „hałas” noise potrafi być naprawdę piękny, ma seksualny pęd. Do noise'u można zaliczyć nawet część rocka i punku z lat 60. i 70. Interesował mnie futurystyczny element w noisie. W końcu jednak sound art, sztuka brzmienia i muzyka współczesna wciągnęla mnie bardziej.

Skąd twoje przywiązanie do designu, grafiki i całej otoczki muzyki, nadawania jej znaczeń, szukania konceptów?

Jestem bardziej artystą, dla którego muzyka jest jednym z tworzyw niż prawdziwym muzykiem. Myślę o swoich płytach jako pewnych odrębnych całościach i wymyślam dla nich muzyczny język. Mam label Gagarin Records, w którym wydaję płyty o wydarzeniach historycznych czy nagrania field recordings. Nie trzymam się jednego gatunku, bo umarłbym z nudów. Mam swój gust jeśli chodzi o brzmienie, formę, sprawy estetyczne, one trzymają wszystko razem.
Przykładem jest „Echohaus” - z muzyką współczesną, nagrana z orkiestrą kameralną. Skomponowałem więcej utworów w tym właśnie gatunku. Ale to dla mnie nowa sprawa, zajmuję się od 2005 roku.

„Echohaus” czyli klasyczna muzyka, ale zagrana w inny sposób. Tak sam to określiłeś.

Nie jestem fanem zapisów nutowych, które definiują wszystko, każdą sekundę. Lubię ustawić sobie szereg parametrów, wskazówek, ale potem ten język musi być rozwinięty przez muzyka, którzy muszą mieć wolność żeby pójść w tym we własnym kierunku. Nie wierzę w coś takiego, że daję nuty komuś kogo w ogóle nie znam i ta osoba odtwarza to. Wierzę w ideę działania zbiorowego, procesu, który odbywa się wspólnie.

Stąd fascynacja komunizmem?

Wykorzystuję te aspekty komunizmu, które uważam za najbardziej pozytywne – np. niesamowitą estetykę. Lubię sztukę manifestu i techniki propagandy, lubię używać ich w humorystyczny sposób. Najbardziej doceniam jednak niemal całkowicie naiwną wiarę w przyszłość, która jest związana np. z podbojem kosmosu w latach 60. Wiara w to, że jest jakiś inny świat, alternatywa jest bardzo ważna dla mnie. Od czasu kiedy nie mamy podziału na dwa wielkie obozy polityczne, pozornie żyjemy w sytuacji, że kapitalizm wygrał. Ale po pierwsze nie jest tak, że to system dobry dla każdego obywatela, a po drugie – on jest bardzo zły dla idei. Najlepiej widać to na przykładzie Hollywood, który zupełnie stracił swoją moc, jakość i znaczenie.
Argument, że w kapitalizmie wygrywają najlepsze idee nie jest prawdziwy. Żeby pokazać, że jest inny pomysł na organizację całości – nieważne czy jest to socjalizm, czy coś kompletnie odjechanego – np. idea kosmicznych farm. Ważne żeby przeciwstawić utopię materializmowi kapitału. Czego nienawidzę w tym systemie to właśnie jego materializmu. Nie ma tu miejsca na nic większego niż „dostaniesz dokładnie to, co widzisz”. Moją propozycją jest „widzę to, co jest niemożliwe do zdobycia”. Chcę tego, w kierunku czego mogę się zbliżyć, ale czego nigdy nie osiągnę.

Muszę też przyznać, że wstrząsnęła mną twoja wersja piosenki „Hello” Lionela Richie, którą nagrałeś jeszcze w latach 90.

Ona mnie prześladowała. W kółko słyszałem ją w niemieckim radiu, niemożliwe było się przed nią ukryć. Postanowiłem więc wziąć rewanż. Przekomponowałem tę piosenkę, zmieniłem tekst, każde „ty” w tekście zmieniłem na „ja”. Nagle tekst tej piosenki staje się bardzo neurotyczny i autorefleksyjny. Z piosenki miłosnej robi się jakieś narcystyczne wyznanie pełne lęku i cierpienia. [listopad 2013]

środa, 16 lipca 2014

Smells Like Tinder Spirit

Moje ulubione single pierwszej połowy 2014 roku.

Lipgloss Twins - Wannabe



Serią przerażających internetowych singli wytwórnia PC Music otworzyła nowy rozdział w historii alien popu. "Wannabe" jest muzycznym odpowiednikiem zjedzenia wielkiej torby żelków i popicia litrem taniego, halucynogennego energetyka.

Laibach - The Whistleblowers

Termin #whistleblowers zrobił w 2013 roku oszałamiającą medialną karierę. A słoweński kolektyw wykazał się rewelacyjnym timingiem - wypuścił tak zatytułowanego singla tuż przed początkiem wakacji Rosjan na Krymie i związaną z nimi wojną informacyjną. Subwersywny przekaz "The Whistleblowers" ujawnił się w pełni w momencie, gdy "Prometeusz Wolności", czyli Edward Snowden postanowił, ze znanego tylko sobie powodu, poklaskać u Putina. Trudno o większy upadek brandu.

Pławiąc się w postmodernistycznej ironii, Laibach masakrują znaną nam rzeczywistość medialną. Jeśli w 2014 roku można wyobrazić sobie mające jakiekolwiek znaczenie protest songi, to chyba tylko w takiej formule jak "Whistleblowers".

Tinashe feat. Schoolboy - 2 On



To naprawdę nie wina Tinashe, że ten świetny kawałek położył swoją drewnianą nawijką Schoolboy. Wokalistka i jej producenci wywiązali się ze swoich obowiązków - dostarczenia przebojowego, seksownego i lekko podciętego rytmicznie r'n'b w duchu Cassie/Aaliyah - bez zarzutów. Polecam tę allegrowiczkę!

Yumi Zouma - A Long Walk Home For Parted Lovers



W przypadku tajemniczego nowozelandzkiego projektu nie obejdzie się bez hashtagów "urocze" i "bezpretensjonalne", ale ten refren i melancholijny aranż nie daje spokoju.

Future Islands - Seasons (Waiting On You)




Niespecjalnie przepadam za grupą Future Islands. To może mało profesjonalne, ale odrzuca mnie sama nazwa - sprawia wrażenie wymyślonej na potrzeby blogów mp3 z lat 2007-2009 w rodzaju Gorilla vs Bear czy Stereogum. Większość ich piosenek to niewiele wnosząca, poprawna reinterpretacja 80'sowego synth-popu. Mającemu urok everymana Samuelowi T. Herringowi zdarzają się jednak momenty przenikliwości godnej Mistrza Yody. Wydane w 2011 roku "Balance" z linijkami w rodzaju it just takes time / hard work and your time / you can change your life etc. etc. śpiewane chrypą człowieka, który z niejednego pieca czerstwy chleb jadł, mogłoby niemal pełnić rolę terapeutyczną.

Lubię artystów bezczelnych. Ktoś w miarę estetycznie świadomy mógłby bowiem zarzucić Herringowi, że złote myśli, które wyśpiewuje, są przezroczyste jak formułki z newage'owego podręcznika do samodoskonalenia - któż nie chciałby Zacząć Tego Wszystkiego Od Nowa? A jednak jakimś cudem taka kreacja broni się.

"Seasons" kontynuuje życiowe wątki w duchu środkowego Springsteena a Rock Genius jest pełen zachwytów nad siłą oczywistych/genialnych obserwacji Herringa: People change, even though some people never do / You know when people change / They gain a piece but they lose one too. I z tym też nie sposób się nie zgodzić. No i w wersji live, jak wiemy, wokalista nie bierze jeńców.

Maria Minerva - The Beginning

Każdy kawałek, który zawiera rym chance/romance ma u mnie na starcie kilka niezasłużonych punktów. Tyle że "The Beginning", z nieoczywistą, nie do zanucenia i jednocześnie nie do wyrzucenia z głowy melodią żadnych forów nie potrzebuje. Maria Minerva flirtuje ze słuchaczami - z jednej strony "The Beginning" to klasyczne dla tej artystki zamglone lo-fi disco o podrywie w warunkach klubowych, pisane jak najbardziej na serio. Ale z drugiej nie sposób nie dostrzec ironii w instrukcjach na temat tego jak stać się ładną, miłą i uśmiechniętą - poczuć się jak MAŁA KOBIETKA. Jak to u Minervy, sypialniany vibe miksuje się z klubowym, i wychodzi z tego coś mocno nieoczywistego.

Aries - Visiones



Śmierć tiki-taki stała się faktem, ale to Hiszpanie wciąż najlepiej podrabiają/inspirują się/profanują dorobek znanego zespołu Animal Collective. Euforyczny indie-pop z Primavery dla całej rodziny.

Real Estate - Talking Backwards

Słodka i absolutnie urocza piosenka o byciu lamusem: And I might as well be talking backwards / Am I making any sense to you / And the only thing that really matters / Is the one thing I can't seem to do. Matt Mondanile jest tutaj na gitarze takim mistrzem a w realu zdaje się ma w sobie wiele chłopięcego uroku, aż chciałoby się go wytarmosić za policzek. To samo mogę zresztą powiedzieć o reszcie tych niezwykle sympatycznych MILLENNIALSÓW. Ten brak spiny, gwiazdorstwa oraz pewna solidność obecna jest w samej muzyce - Real Estate mimo że jakoś tam wtórni są jednocześnie perfekcyjnie zgranym, doskonale rozumiejącym się składem. Granie w punkt wydaje się wręcz ich obsesją. Poza gitarą prowadzącą Mondanile'a nie ma tam miejsca na indywidualności. Nawet wokal pełni właściwie rolę kolejnego instrumentu. Tradycyjnie bardzo ładnie też brzmią (album Atlas nagrano w studiu Jeffa Tweedy'ego). Wyobrażam sobie jak panowie spotykają się w upalne letnie dni, jamują i grają covery Feelies, Jonathana Richmana i R.E.M. Ja sam, jeśli temperatura podnosi się powyżej 20 stopni, nie jestem w stanie przestać słuchać tego numeru. Jest dooobrze...

Ajukaja & Maria Minerva - C U Again

Artur Rojek - Beksa

Pustki - Się wydawało

Kuba Knap - Zbyt dziabnięty

Mumdance feat. Novelist - Take Time

Komety - Hotel Artemis

Hospitality - I Miss Your Bones

War On Drugs - Red Eyes

Popcaan - Everything Nice

TOPS - Change of Heart

piątek, 16 maja 2014