poniedziałek, 2 listopada 2009



Field Music Tones Of Town Memphis Industries 2007


Jeśli komuś nie znudziły się jeszcze tuziny kapel zrzynających z post-punka przełomu lat 70 i 80, to trio Field Music (z Sunderland pochodzą też najciekawsi chyba wśród epigonów new wave, The Futureheads) nie powinno mu przeszkadzać. Zresztą szufladkowanie tej grupy jako bezmyślnych naśladowców jest dość niefortunnym skrótem myślowym. Owszem, specyficzne podcięcie rytmu, przeplatanie nerwowych riffów gitary z popowymi motywami chwilami bardzo przypomina nowafalowe XTC, ale zespół rozwija twórczo te inspiracje. Wszystko jest poprowadzone w elegancki i ciekawy sposób. Początkowe kilkanaście sekund albumu przywołuje np. minimalizm Steve'a Reicha. Subtelne chórki przypominają The Zombies, gdzieniegdzie zespół dodaje szczyptę psychodelii. W dużych ilościach pojawiają się skrzypce, pianino i... bitboxerzy, czyli ludzie naśladujący głosem dźwięki perkusji i innych instrumentów.

Okładka Tones Of Town, podobnie jak najlepszego brytyjskiego singla lat 90., "Common People" grupy Pulp, przedstawia zdjęcie zapyziałej wyspiarskiej jadłodajni-lunchowni. Field Music lubią rzeczy proste, zwyczajne, codzienne. Także teksty wydaja się kalka z britpopowej melodramy (to co masz / jest wszystkim czego potrzebujesz) z domieszką typowo wyspiarskiej ironii i zestawu mądrości życiowych. Kapela wydaje się idealnie skrojona pod tamtejszy rynek. Jak widać taka charakterystyka nie zawsze równa się najgorszej obeldze. Trzeba bowiem oddać Field Music, że minimalnymi nakładami uzyskują rewelacyjne efekty. Nie wiem np. ile kosztował teledysk do singla "In Context", ale raczej nie są to duże pieniądze. Składa się on bowiem z jednego ujęcia kamery filmującej czyjaś rękę bazgrząca pisakiem na ścianie. Dopiero po odjeździe kamery w ostatnich sekundach widać grafikę, która w ten sposób powstała. Proste, bezpretensjonalne, zaskakujące - tak jak piosenki na Tones Of Town. Podobnie jak większość płyt ukazujących się pod skrzydłami Memphis Industries – m.in. The Go Team i The Pipettes - utwory rodzeństwa Davida i Petera Brewisów mają charakterystyczne, naturalne brzmienie.

Ale czy nie mam zbyt małych wymagań? I czy komukolwiek potrzebna jest jeszcze jedna dobra płyta nowofalowa? Chodzi w tym wypadku o kontekst. Początek 2007 zapowiada się w brytyjskim rocku niezależnym dramatycznie nudno. Na tle usypiających po dwóch piosenkach gwiazdek z "NME" w rodzaju The Klaxons, odgrzewanych jak kilkudniowe schabowe piosenek Long Blondes, czy nad-ambitnych, i równie przynudzających młodych gwiazd probujących grać stadionowego rocka – jak Bloc Party – Field Music prezentują się bardzo korzystnie.

["Lampa", wiosna 2007; myliłem się co do Klaxons, nie jakoś radykalnie, ale jednak]

czwartek, 29 października 2009

Pamiętamy


Zbiegi okolicznosci

1. Dzisiaj to: http://www.porcys.com/Playlist.aspx?id=663

2. Cały wczorajszy wieczor probowalem sobie przypomniec gdzie uslyszalem motyw perkusyjny, który slychać w tym kawałku na 0:31 http://www.youtube.com/watch?v=-DkslcOhytU i który nie chcial wyjsc mi z glowy

3. Washed Out - na wpół zapamiętana muzyka; Air France - wakacyjna sampladelia; Memory Tapes - nostalgia i sennosc nawet w tytulach "Asleep at the Party", "Rewind while sleeping", "Last One Awake" - slabosc do kaset magnetofonowych, przestarzalych mediow; 8mm/technikolor gdzie samo medium jest czystą nostalgią; wymazywanie danych, braki w pamięci

4. Ale jednak zabawne, że wsamplowany z definicyjnego obskura (Gary Low "I Want You") motyw perkusyjny tak bardzo trafil w punkt tego, co przychodzi mi do glowy w czasie sluchania tych wszystkich kapelek. Kolo się zamyka.

wtorek, 27 października 2009



http://k-punk.abstractdynamics.org/archives/011350.html

piątek, 23 października 2009


Muchy Terroromans Polskie Radio 2007

Miłość na 12 rund
To najważniejszy, a na pewno najbardziej wyczekiwany gitarowy debiut 2007 roku. Poznańskie trio wybudził sporo zamieszania swoją epką Galanteria z 2005 roku i singlami Najważniejszy dzień, Miasto doznań (umieszczonym na składance Polskiego Radia Offensywa) oraz wiosenną EP-ką Terroromans. Przez długi czas Muchy funkcjonowały nawet jako „najlepszy polski zespół bez kontraktu”. Co symptomatyczne, zanim zespół został wypromowany przez trójkowego prezentera Piotra Stelmacha, „Machinę” czy „Przekrój” wzbudzał mnóstwo zainteresowania w sieci - na forach internetowych i serwisach z recenzjami.

Skąd to całe wyczekiwanie? Odpowiedzi częściowo dostarcza, jak myślę, mój tekst z czerwcowej „Lampy” o polskiej scenie indie. Staram się w nim udowodnić, że zastęp kapel dwudziestolatków nie oferuje nic, co miałoby zakorzenienie w polskim kontekście kulturowym. Pomijając bardzo różną wartość muzyczną regułą jest niestety przenoszenie schematów muzycznych i nawiązań kulturowych z Wysp i USA, a przede wszystkim śpiewanie po angielsku, co uniemożliwia emocjonalną identyfikację na tyle głęboką, by wyrwać rząd dusz alternatywnej młodzieży z rąk Grabaży, Kazików i Muńków czy choćby Piotra Roguckiego z Comy (przywoływanie przeze mnie tej grupy jako przykładu fatalnego zespołu to już prawie obsesja). Innymi słowy mówiąc, od czasu debiutu CKOD, co wydaje się już być prehistorią, na horyzoncie ni chuja idei, mimo że Afro Kolektyw dostarczył ostatnio kapitalnych opisów frustracji wykształconej wielkomiejskiej młodzieży, a The Car Is On Fire na Lake & Flames dość mocno otarło się muzycznie o poziom światowy. Nadzieją środowiska indierockowego (rozkręcającego teraz m.in. lajfstajlowo-muzyczny magazyn "Pulp") na przełom jest więc jedyny rak na tym bezrybiu, zespół Muchy. Rak, dodam od razu, bardzo dorodny. Muchy to spełnienie estetycznego ideału ww. środowiska – jest to produkcja nawiązująca do klasyków indiepopowego grania z lat 80. (The Smiths), nowoczesnego żarłocznego post-punka, klasycznego amerykańskiego indie z początku ostatniej dekady (Pavement, Built TO Spill). Oraz do najlepszych tradycji polskiego popu/nowej fali – Republiki i debiutu Lady Pank. I co najważniejsze, wszystko to uzupełnione zostało o poruszające poetyckie teksty śpiewane po polsku. Jednocześnie Muchy traktują obecną u nas wśród ambitnych zespołów przez wiele lat etykę nie sprzedawania się, niezależności jako przebrzmiały, uciążliwy balast. Interesuje ich robienie gitarowego popu dla mas, nagrywanie przebojów i obecność w radiu.
Zasadniczo, na Terroromans składa się 12 piosenek o miłości, potraktowanej na 12 różnych sposobów. Mamy tu trochę opisów porażek i dawania sobie kosza ("Wyścigi") albo miłości-przegryzania się ("Brudny śnieg"), trochę jest o generalnych perypetiach miłosnego związku (to mój ulubiony fragment czyli "Terroromans"), niewierności (może uda się w stereo postaramy się jeszcze tydzień/znowu obcy gość zostawił kręgi w wykładzinie) czy wspomaganej alkoholem uczuciowej nonszalancji ("Zapach wrzątku" - zatańczymy jak owady przy zakurzonej żarówce/najlepiej na obcasach i po dużej wódce). Wszystko osadzone w miejskiej scenerii Poznania, choć mogłoby to być inne duże polskie miasto. Michał Wiraszko jawi się nie tylko jako jeden z najbardziej charyzmatycznych rockowych frontmanów, którzy objawili się nad Wisłą w ostatnich latach. Na prezencji scenicznej w jego przypadku się nie kończy. Wiraszko operuje w tekstach konkretem miejsca, co powoduje, że historie miłosno-randkowe, które produkuje brzmią wiarygodnie i poruszająco – pamiętasz, poszliśmy do domu kultury/tam starzy ludzie uczą się tańczyć ("Wyścigi"). Trafiają się tutaj też liryczne pejzaże (babie lato, nuda mgły/ jesień mruga do nas jak paw/wróżby z nudów pod paznokciem/ stawiasz pasjans z drzazg/ szyby €zimne od wieczorów, jesień mruga do nas jak paw/dobre chęci, czarne myśli/znowu mamy trochę więcej lat – to piosenka "111"). Wszyscy autorzy recenzji Much piszą o podobieństwach Wiraszki do twórczości Grzegorza Ciechowskiego. Mi jednak podmiot liryczny kojarzy się nieustająco z bohaterem 1 płyty Partii – "pięknym chuliganem", zanurzonym w polskim bezczasie dwudziestolatkiem. Całość dzieje się w różnych miejscach i konfiguracjach, ale szczegóły sytuacji przyszpila namacalny konkret. Partia nie miała szczęścia do mediów, a Lesław szybko skręcił w trochę mniej odpowiadającą mi stronę. Myślę, że inaczej stanie się z Muchami. Świetna płyta. Było na co czekać.
Piotr KOWALCZYK

["Lampa", grudzień 2007]

środa, 21 października 2009

5/50



CNC - Vegas

"and speaking of technicolor influence on 2009 indie / pop / etc"... ta nuta jest zbyt dobra, żeby wrzucać ją do jednego worka z Wavves czy amerykańskimi psychodelikami z zadupiów, ale co ja poradzę na to, że ostatnio wszystko mi się kojarzy

www.myspace.com/cncpl

Dejnarowicz Divertimento Draw 2008

Wróg publiczny nr 1

Borys Dejnarowicz jest postacią, która w ciągu ostatnich kilku lat ożywiła dość przewidywalną rodzimą scenę alternatywną. Najpierw, prowadząc serwis z recenzjami Porcys.com, stał się kimś w rodzaju Marcela Reich-Ranickiego polskiego dziennikarstwa muzycznego – krytyka-demiurga ze wszystkimi cnotami i przywarami tego dziwnego fachu. Wynosił na piedestał wybranych przez siebie artystów i miażdżył tych, którzy w jakiś sposób podpadli. Przy okazji udało mu się przełamać kilka rytualnych uprzedzeń fanów polskiej alternatywy – dystansu do hip-hopu, pobłażania dla popu czy tanecznej elektroniki. Dejnarowicz wydobył – choć nie twierdzę, że on jeden miał w tym udział – słuchaczy polskiej alternatywy z kolein myślenia, ukształtowanych przez lata walki w podziemiu, istnienia w trzecim obiegu, funkcjonowania w zestawie przeciwieństw: alternatywa-mainstream, dobra gitarowa muzyka-zły plastikowy pop.
Krytyczno-recenzencki etap jego działalności przyniósł mu jednak sporo wrogów. Chętnie punktowano każde potknięcie. Choć zespół The Car Is On Fire, któremu współliderował, miał wiele atutów ku temu, żeby stać się najlepszą polską kapelą gitarową, do tej pory nie przebił się poza skromny pułap popularności. Zespół grał bardzo nierówne koncerty, był skonfliktowany i w końcu zakończyło się to odejściem Dejnarowicza. Potem przez kilka miesięcy był redaktorem naczelnym muzycznego miesięcznika "Pulp". W tym czasie tworzył już materiał na swoją płytę solową. Może być ona zaskoczeniem dla wszystkich, którzy spodziewali się kontynuacji tego, co robił w ramach The Car Is On Fire. Ale jeśli ktoś czytał jego teksty i uważnie przesłuchał drugą płytę TCIOF, Lake & Flames, jego solowy album Divertimento, będzie logicznym następstwem i dalszą pracą nad wielbioną przez Dejnarowicza estetyką - krzyżówką avant-popu, minimalizmu i jazzu.
To, co wnosi Divertimento do polskiej muzyki i czego brakowało przynajmniej w obrębie muzyki popularnej, to podejście konceptualne. Dziedzictwo punkowe ustanowiło prymat emocji nad kalkulacją i było z gruntu anty-intelektualne. Jeśli już, koncept zawarty był na poziomie liryki, rzadko kiedy dźwięku. Z kolei z rodzimej akademii dobywał się zapach naftaliny. Dejnarowicz więc nic z tych podziałów sobe nie robi i otwartym pismem wyraża chęć bycia przystępnym i jednoczesnie gra z koncepcjami akademickimi. Mariaż popu i akademii przypomina nieco strategię grupy Stereolab, która łączyła easy-listening z awangardą rocka i minimalizmem, przy zachowaniu piosenkowego charakteru. .
W przeciwieństwie do francusko-brytyjskiego kolektywu Divertimento odchodzi od piosenek. Jest to pięć utworów instrumentalnych, składających się z prostych, chwytliwych nawarstwiających się motywów melodycznych, granych przez kolejne instrumenty – po każdym obiegu melodycznym pojawia się nowy instrument aż do liczby 24.
Divertimento bezpośrednio zostało zainspirowane serią utworów na orkiestrę kameralną Wolfganga Amadeusza Mozarta. Dejnarowicz chętnie odwołuje się również do największych nazwisk współczesnej muzyki poważnej – Steve'e Reicha, jazzu – Johna Coltrane'a i barokowego popu – Briana Wilsona czy ambientu – Briana Eno. 45-minutowa płyta ma więc charakter medytacyjny, kolejne motywy są zapętlone, nachodzą na siebie, tworząc coś w rodzaju ściany dźwięku, której poszczególny elementy (partie instrumentów) przestają być od siebie odróżniane. Wibrafon, cymbałki, smyki, anielskie wokalizy, pianino tworzą wciągającą dźwiękową magmę.
Myślę, że cel autora został osiągnięty i stało się to przy naprawdę minimalnej ilości ofiar. To nie jest nie wiadomo jak wysublimowany intelektualnie koncept – jest na tyle prosty, żeby zrozumiał go statystyczny fan Kylie Minogue (czyli ja) i na tyle ciekawy, żeby Dejnarowicz mógł sobie o nim porozmawiać np. z Brianem Eno. Ale w tym też leży problem Divertimento. Owszem, jest to, jak zakładał autor, dzieło bardzo chwytliwe, przenoszące prostą emocjonalność do struktur muzyki klasycznej, ale jednocześnie mam wrażenie, że zbyt letnie i poprawne, bez elementu “sera” - estetycznego ryzyka, w efekcie którego Dejnarowicz mógłby komuś podpaść.
O tym, że Divertimento w końcowym rozrachunku nie powala zadecydowało być może ograniczenie środków (w końcu płyta sfinansowana została z prywatnych pieniędzy, a w jej nagraniu wzięli udział wyłącznie wynajęci muzycy, co zwiększa koszty). Jednak przede wszystkim nawet najlepsze założenia, wymagają odpowiedniej ilości kroków pośrednich, podejść, nieudanych prób. Błąd jest podstawą ewolucji. Divertimento to praca krystaliczna pod względem koncepcyjnym i realizacyjnym, ale przez to w jakiś sposób oczywista i raczej mało angażująca emocjonalnie. Ciężko powiedzieć, czy jest to dla mnie zawód, bo mam na niej kilka ulubionych momentów ("Part Two" i chyba "najtrudniejsze" Part Four), ale zarazem nic mnie na niej nie zaskoczyło. Wciąż jednak solowy album Borysa Dejnarowicza jest wydarzeniem w pewnym sensie pionierskim. Jeśli ktoś traktuje poważnie nową polską muzykę – tę płytę powinien znać.

["Lampa", jesień 2008]

środa, 14 października 2009


Różni wykonawcy Polish Funk. The Unique Selection Of Rare Grooves From Poland Of The 70's Polskie Nagrania 2007


Mamy swój funk
Disk-dżokej szczerzy kły znad konsolety – śpiewał w latach 80. zespół Wanda i Banda w przeboju "Hi-fi Superstar", ostatnio fantastycznie reanimowanym w postaci klubowego remiksu przez DJ Adamusa i Wet Fingers. Penetracja archiwów polskiej piosenki trwa. Teraz za misję edukacyjną zabrał się inny kolektyw didżejski, Soul Service DJ Team (znane postacie sceny klubowej – m.in. Burn Reynolds i Cpt. Sparky). Z fascynacji rodzimą muzyką lat 70. powstała składanka The Unique Selection Of Rare Grooves From Poland Of The 70's. Zgodnie z tytułem – sporo tych utworów to unikaty, znalezione na winylach w muzycznych komisach, które dopiero teraz doczekały się kompaktowego wznowienia. Od Novi Singers po Kombi, od Breakoutu po Jerzego Miliana – elementem łączącym utwory 13 artystów jest funkowy, bujający spód – perkusja i bas będące dla producentów wymarzonym źródłem sampli.

Polish Funk to interesująca, choć niestety skrótowa wycieczka. Utwory zostały starannie dobrane – kto wie, czy nie nazbyt starannie, bo jest tu tylko 13 piosenek. Ostatecznie jednak lepsze to niż przesyt. Jak zapewniają kuratorzy kompilacji, kawałki z Polish Funk często wywołują znakomite reakcje na parkiecie. Zresztą nie ma się co dziwić, bo towarzystwo znalazło się tu doborowe (obok wyżej wymienionych znakomitych utworów dostarczyli Abc czy Czerwone Gitary). Urzekł mnie w PRL-owskim funku absolutny brak kompleksów muzyków, którzy w czasach totalitarnej izolacji z wielką kreatywnością podchodzili do zupełnie nieznanej muzyki. Nie przekonują mnie frazesy o słowiańskiej melancholii, w którą ponoć Polacy wzbogacili amerykański funk. Ale faktycznie, w wykonaniu Abc czy Breakout brzmi on inaczej – i jednak bardzo lokalnie. Dla osób młodszych i zorientowanych, „alternatywnie”, ta składanka wydaje się mieć wielki potencjał edukacyjny. Bo stanowi ona jeszcze jeden dowód na to, że nowatorską muzykę grano w Polsce na długo przed punk-rockiem, hip-hopem czy sceną trójmiejską.

["Lampa", 2007]



Różni wykonawcy Why Not Samba. Hot Cocktail Of Tropical Grooves from Cold War Poland Polskie Nagrania
(4/5)



W szarym i smutnym kraju, jakim była w nawet okresie najbardziej rozbuchanej konsumpcji na kredyt, Polska Rzeczpospolita Ludowa, istniały enklawy wolności i środowiska trzymające rękę na pulsie zachodniej popkultury. Udowadnia to kolejna już składanka ułożona przez kolektyw didżejski Soul Service. Po kilku rewelacyjnych płytach z PRL-owskim funkiem, tym razem zebrali oni dokonania polskich muzyków korespondujące z nurtami takimi jak tropicalia czy, szerzej, MBP (brazylijski pop), a także innymi odmianami latynoskiej muzyki. Legendarnych wykonawców – Jerzego Miliana, “Ptaszyna” Wróblewskiego, Skaldów i Novi Singers – poznajemy tu od strony pilnych obserwatorów światowych mód, bez kompleksów przetwarzających egzotyczną tradycję na swojską, liryczną modłę. Świetne piosenki i pięknie zremasterowane brzmienie. Tak atrakcyjnego, modnego PRL-u, mogliście nie znać.

["Machina", 2009]