wtorek, 6 stycznia 2015

digital natives



Bardzo polecam tekst Moniki Pasiecznik na Dwutygodniku o generacji młodych kompozytorów czerpiących w swojej muzyce z kultury internetu i nowych technologii..."Punktem odniesienia nie są już tylko Beethoven, Stockhausen i Dante, ale też Beyoncé, noise, metal, Tarantino, Banksy, „Gangnam Style” i filmiki z YouTube'a".




wtorek, 30 grudnia 2014



W ramach ekonomii dzielenia się prezentuję 30 moich ulubionych piosenek 2014 roku...ever! O niektórych z nich napisałem więcej pół roku temu, tym razem same tytuły i numerki, bo druga połowa 2014 DOSTARCZYŁA jakby mniej. "Never Meant" American Football to oczywiście kawałek z 1999 roku (bodajże), ale gdyby nie reedycja nikt, poza grupą historyków Midwest Emo, by o tym zespole dziś nie pamiętał. A u mnie w 2014 trafił na podatny grunt. Psychocukier to natomiast końcówka 2013 i jawny KONFLIKT INTERESÓW (bez skojarzeń), no ale od czego są blogi...



30. Psychocukier - Dryfowanie
29. Król - Powoli
28. Muchy - Tak jak dziś
27. FKA Twigs - Two Weeks
26. Warpaint - Intro
25. Laibach - Whistleblowers
24. Yumi Zouma - The Brae
23. Hospitality - I Miss Your Bones
22. Komety - Hotel Artemis
21. St. Vincent - Digital Witness
20. Popcaan - Everything Nice
19. Artur Rojek - Beksa
18. Jerz Igor - Sen
17. Holly Herndon - Chorus
16. Paula i Karol - Heartwash
15. Kaja Gunnufsen - Faen Ta
14. Morrissey - Staircase at the University
13. Sun Kil Moon - Carissa
12. Lipgloss Twins - Wannabe
11. American Football - Never Meant
10. Maria Minerva - The Beginning
9. Aries - Visiones
8. TOPS - Change of Heart
7. Tinashe - 2 On
6. Yumi Zouma - It's a Long Walk Home For Parted Lovers

5. The War On Drugs - Red Eyes



4. Future Islands - Seasons (Waiting On You)




3. QT - Hey QT




2. Marianne Faithfull - Late Victorian Holocaust





1. Real Estate - Talking Backwards



wtorek, 9 grudnia 2014

Kanon barbarzyńca


Anton Webern Wariacje op. 27

Kanon Muzykoteki Szkolnej, czyli 130 utworów muzyki klasycznej, które warto znać od dziś pod adresem www.muzykotekaszkolna.pl/kanon.

środa, 12 listopada 2014



Na Porcys leci ranking 100 najlepszych polskich płyt XX wieku, a ja skomentowałem #100 w podsumowaniu, czyli album Prymityw T.Love'u.

wtorek, 4 listopada 2014



Hype Williams One Nation Hippos In Tanks

4/5

Podopieczni wytwórni Hippos In Tanks, projekty takie jak Games, d'Eon czy omawiani tutaj Hype Williams tworzą dźwięki na pograniczu lo-fi i familiarnych, popowych gatunków (r'n'b, mainstreamowy 80'sowy pop, reggae, hip-hop, new age) ubranych w niepokojącą aurę. Dean Blunt i Inga Copeland nazwę swojego projektu ukradli popularnemu reżyserowi „czarnych” teledysków. Ich największy „przebój” to odrealniony cover „The Sweetest Taboo” Sade. Znalazł się on na zatytułowanym na gangsta-rapową modłę albumie „Find Out What Happens When People Stop Being Polite And Start Gettin Reel”.

Jak widać Hype Williams grają różnymi poetykami w sposób bardzo zręczny. Niewiele natomiast wiadomo o nich samych. To być może najbardziej tajemniczy londyńscy artyści od czasów Buriala. Metody ich działania doskonale oddają ducha naszej epoki, w której zmagamy się z przesyceniem internetowymi bodźcami i nadmiarem łatwo dostępnej starej muzyki.

Kompletnie nie rozumiem więc fatalnej prasy, jaką zbiera ostatni album tego projektu „One Nation”. Dla mnie ta płyta to jak fascynująca wycieczka na popkulturowe wysypisko śmieci, rodzaj scenerii po wybuchu bomby informacyjnej. Londyńsko-berliński duet imituje działanie melancholijnego archiwisty. Nadmiar historycznych warstw do uporządkowania spowodował, że badacz porzucił robotę w połowie a w jego folderach z mp3 zapanował chaos. Miesza więc w odrealnionych proporcjach lo-fi dub z techno i muzykę z zapomnianych programów telewizyjnych z r'n'b, gdzieś w końcu pobrzmiewa hip-hop z południa USA i zimny instrumentalny grime z Londynu. Hype Williams niespecjalnie przykładają się do produkcji i do formowania pełnokrwistych kompozycji. Ta płyta to raczej przekonujący wykład na temat tego, że coś się w kulturze definitywnie skończyło i przyszłość w muzyce to pomysł mocno przeterminowany.


["Machina", czerwiec 2011]

środa, 29 października 2014

The Dream 2014




Moja relacja z festiwalu Unsound dla Dwutygodnika.

środa, 17 września 2014

Zdarza się, że zapominam o czasie, walczę z nim

Fundacja Bęc Zmiana i Lado ABC wydają w Polsce twój najnowszy album, „Zemsta Plutona”. Czego możemy się po nich spodziewać?

'Zemsta Plutona” to mój solowy album. W planach miałem go od czterech lat. Wiele kompozycji grałem już na żywo. Po drodze pojawiło się wiele opóźnień, zmian, ale w końcu zdecydowałem się wydać ten album samodzielnie przez label ZickZack z Hamburga. To jedna z najważniejszych wytwórni jeśli chodzi o nurt „Neue Deutsche Welle” - radykalny ruch powstały pod koniec lat 70., zespoły takie jak Einsturzende Neubauten, Tödliche Doris, Palais Schaumburg, Abwärts. Niektóre z tych zespołów istnieją do dzisiaj.

Czym było NDW?

NDW na początko było undergroundowym ruchem, które było najbardziej radykalnym nurtem artystycznym w powojennych Niemczech, ale zostalo przejęte przez przemysł muzyczny i wykorzystane jako komercyjny termin, żeby sprzedawać kiepskie popowe zespoły. Byłem młody ale słuchałem wszystkiego, co było w tamtym czasie wydawane i wydawałem swoją muzykę na kasetach. Szef tego labela, Alfred Hilsburg, odkrył mnie na jakimś festiwalu, gdy byłem nastolatkiem i miałem zespół Egozentrischen 2, zorganizował mi kilka koncertów. Robiłem muzykę od 11 roku życia. Ten label chciał wtedy wydać moje rzeczy, nigdy do tego nie doszło. Zgłosiłem się do nich teraz. Ten gość ma teraz 60 lat a za sobą dość burzliwe życie.

Tytuł „Zemsta Plutona” sugeruje, że będzie to kreskówka albo słuchowisko w otoczce sci-fi.

Zawsze chciałem zostać twórcą kreskówek, kiedy byłem nastolatkiem robiłem animacje i rysowałem. Ale w pewnym momencie stwierdziłem, że akustyka i kompozycja jest moją silniejszą stroną. Chociaż science-fiction, astronomia były również były moimi wielkimi inspiracjami. Jako dziecko chciałem być astronomem. Pierwszy mój regularny album solowy „Matki wandalki” był zatytułowany po polsku, chciałem kontynuować ten trend. „Zemsta Plutona” nawiązuje do faktu, że Pluton został wykluczony z grupy planet Układu Słonecznego. Odbył się wielki kongres astronomiczny, który zadecydował że Pluton nie spełnia definicji planety. Dla mnie jest to metafora ludzkiego zachowania, zmieniania standardów. Nagle decydujemy, że ktoś nie istnieje lub nie należy do pewnej zbiorowości. Pluton był, ze swojej natury, planetą ekscentryczną, znajdował się daleko od centrum, może dlatego też został wykluczony. Pluton oznacza także boga podziemnego świata, stwierdziłem, że to również ładny obrazek. Władca Hadesu dokonujący zemsty.

W grudniu spodziewany jest twój album z Mitch And Mitch. Wiem, że się kolegujecie, ale robicie bardzo różne rzeczy. Gdzie wspólny mianownik?

Mamy wiele takich samych płyt w domu. To, co zrobiliśmy jest trudne do zdefiniowania. Rozmawialiśmy z Maciem co chcieliśmy zrobić, ale nasze dyskusje przypominały bardziej bełkot, nie potrafiliśmy tego nazwać. Myślę, że ostatecznie to miks muzyki jazzowych big bandów, takich jak Dona Ellisa, muzyki filmowej z filmów kryminalnych, z Raymondem Scottem i muzyką syntezatorów. Pewnie płyta będzie bardziej minimalistyczna niż to, co robi Mitch And Mitch. Jeśli przyjrzysz się temu co robię, to mimo że moja muzyka jest elektroniczna, używam klasycznych technik kompozycyjnych. Mógłbym dać je do wykonania orkiestrze kameralnej albo orkiestrze ska.

Wszyscy komponowali?

Songwriting należał do mnie i do Mitchów. Nie było trudno połączyć te rzeczy. Największym problemem było to, że na nagranie i zmiksowanie mieliśmy 5 dni. Całość została stworzona w tym czasie, poprzedzona niewielkimi przygotowaniami. Jestem zadziwiony i dumny z tego, co udało nam się zrobić. To jest bardzo otwarty koncept – eksperymentalny album, pomiędzy elektroniką i jazzowym bigbandem.

Co cię przyciąga do Polski?

Zawsze czułem się związany z Europą Wschodnią. Jestem wielkim fanem filmów dokumentalnych, szkoły łódzkiej, ostatnio oglądałem DVD Jacka Bławuta z jego filmami dokumentalnymi. Jestem też fanem wczesnego Kieślowskiego. Lubię współczesną polską klasykę, muzykę Komedy. Moja dziewczyna jest Polką.
Może to, co łączy mnie z nimi to podobne pojmowanie czasu? Kiedy tworzysz muzykę musisz zwracać uwagę na timing, na rytm, to bardzo ważne jest również przy tworzeniu słuchowisk. Jestem także producentem, to część mojego życia. Wiem, jak ważna jest dramaturgia rzeczy. Są ludzie którzy wszystko robią na czas. Przychodzą na doskonałą imprezę punktualnie. Ale mimo że atmosfera jest świetna i warto zostać dłużej, oni również punktualnie ją opuszczają. Jeśli atmosfera czegoś mi się podoba, zapominam o czasie. Walczę z nim.

Regularnie występujesz w Polsce. Jak to się zaczęło?
Większość ludzi z Polski poznałem, gdy byłem kuratorem festiwalu w Hamburgu. Musieliśmy szukać artystów ze Wschodniej Europy własnymi siłami – nie chcieliśmy polegać na tym, co sugerowały nam władze miasta.

Wydaje mi się, że niemieckie poczucie humoru jest mocno niedoceniane i widać to szczególnie w muzyce. Myślę, że Kraftwerk był kapitalnym zespołem pod tym względem.

Lubię kwestionować powagę stylów i ram, zachowań etc. Zawsze staram się zagrać w chowanego z publicznością, lubię ich zaskakiwać, wkurzać, żenować itd. Po to też żeby zaskoczyć samego siebie. Polscy muzycy uwielbiają improwizację, są spontaniczni i to też nas łączy. Nieważne, czy sytuacja jest miła, czy publika cię nienawidzi, możęsz zawsze coś stworzyć na podtawie tego. Chodzi o energię i to, co publiczność zabiera ze sobą do domu. Nie chodzi o to, żeby cię polubili i żeby ich zadowolić. Nagraliśmy z Wojciechem Kucharczykiem piosenkę disco polo – to bardzo ciekawy nurt, który można przeanalizować w kontekście triumfu kapitalizmu. Muzyka dla ludzi, którzy mają dużo pieniędzy, ale nie nadąża za nimi styl.

Wydaje się jedak, że mało jest na świecie rzeczy, które pasjonują cię bardziej niż słuchowiska radiowe.

Fascynacja zaczęła się gdy miałem kilka lat. W żadnym kraju ten gatunek nie jest tak rozwinęty i na tak wysokim poziomie jak w Niemczech. Możemy być naprawdę dumni z naszych słuchowisk radiowych. Jesteśmy krajem słuchowisk. Szkoda, że nie możemy eksportować ich na świat, bo jest barera języka niemieckiego. Czasem trudno wytłumaczyć obcokrajowcom, że to coś więcej niż dwóch ludzi czytających książkę. Słuchowiska bywają kompletnie eksperymentalne, zupełnie pozbawione języka albo całkiem klasyczne - podkłady do kryminałów. Ja siebie sytuuję oczywiście w departamencie słuchowisk eksperymentalnych. Robiłem słuchowiska o duchach i elektryczności a także słuchowisko-instrukcję. Robiłem też słuchowiska na podstawie komiksów o historii Orfeusza. Slychowisko to coś pomiędzy filmem a audiobookiem - kino dla uszu.

Wspomniałeś o Neue Deutsche Welle. Byłeś światkiem niemieckiej nowej fali jako nastolatek. Scenę współtworzyli ludzie o 15 lat od ciebie starsi. Nie miałeś poczucia, że urodziłeś się za późno? Twoje „Teenage Tapes” (płyta z 2002 roku z nagraniami nastoletniego Felixa Kubina) brzmi rasowo, jak electroclash w stylu Peaches albo Chicks on Speed. Gdyby tylko nie ten chłopięcy zmutowany głos.

Zabawne kiedy ludzie uważają, że moje „Teenage Tapes” to fałszywka. To nawet pomaga temu albumowi. Dzięki temu można nie myśleć o tym jako dziwnej muzyce robionej przez zwariowanego dzieciaka. Uważam, że Teenage Tapes brzmi interesująco, bo pokazuje spontaniczny sposób robienia muzyki. Wiele dźwięków, hałasowi, ten materiał jest naprawdę chaotyczny. Mogę zapewnić, że to jest moja muzyka z tamtego okresu, tym razem nie utworzyłem żadnej fikcji.
Wydałem też 80-minutową płytę muzyki dzieci z przedmieść Hamburga. Tam była cała scena dzeciaków robiących swoją muzykę, istniało chyba z 10 zespołów. Byłem tylko jej częścią, być może najbardziej aktywną. Wyjdzie też płyta w labelu ALAM.

W latach 90. siedziałeś na scenie noise, jednak potem zacząłeś się wobec niej dystansować.

Chciałem grać dla dziewczyn, a nie tylko dla spoconych facetów. Cała scena noise'owa była dla mnie trochę zbyt monotonna, zbyt poważna. Nawet ich wersja hałasu była bardzo samcza. Ludzie przychodzili w czarnych ubraniach, atmosfera była zawsze kiepska, bo dołerstwo jest częścią tego stylu. Miałem tego dosyć. Nigdy nie interesowały mnie dystopijne klimaty, ale noise miał interesujące elementy estetyczne – energię, jako „hałas” noise potrafi być naprawdę piękny, ma seksualny pęd. Do noise'u można zaliczyć nawet część rocka i punku z lat 60. i 70. Interesował mnie futurystyczny element w noisie. W końcu jednak sound art, sztuka brzmienia i muzyka współczesna wciągnęla mnie bardziej.

Skąd twoje przywiązanie do designu, grafiki i całej otoczki muzyki, nadawania jej znaczeń, szukania konceptów?

Jestem bardziej artystą, dla którego muzyka jest jednym z tworzyw niż prawdziwym muzykiem. Myślę o swoich płytach jako pewnych odrębnych całościach i wymyślam dla nich muzyczny język. Mam label Gagarin Records, w którym wydaję płyty o wydarzeniach historycznych czy nagrania field recordings. Nie trzymam się jednego gatunku, bo umarłbym z nudów. Mam swój gust jeśli chodzi o brzmienie, formę, sprawy estetyczne, one trzymają wszystko razem.
Przykładem jest „Echohaus” - z muzyką współczesną, nagrana z orkiestrą kameralną. Skomponowałem więcej utworów w tym właśnie gatunku. Ale to dla mnie nowa sprawa, zajmuję się od 2005 roku.

„Echohaus” czyli klasyczna muzyka, ale zagrana w inny sposób. Tak sam to określiłeś.

Nie jestem fanem zapisów nutowych, które definiują wszystko, każdą sekundę. Lubię ustawić sobie szereg parametrów, wskazówek, ale potem ten język musi być rozwinięty przez muzyka, którzy muszą mieć wolność żeby pójść w tym we własnym kierunku. Nie wierzę w coś takiego, że daję nuty komuś kogo w ogóle nie znam i ta osoba odtwarza to. Wierzę w ideę działania zbiorowego, procesu, który odbywa się wspólnie.

Stąd fascynacja komunizmem?

Wykorzystuję te aspekty komunizmu, które uważam za najbardziej pozytywne – np. niesamowitą estetykę. Lubię sztukę manifestu i techniki propagandy, lubię używać ich w humorystyczny sposób. Najbardziej doceniam jednak niemal całkowicie naiwną wiarę w przyszłość, która jest związana np. z podbojem kosmosu w latach 60. Wiara w to, że jest jakiś inny świat, alternatywa jest bardzo ważna dla mnie. Od czasu kiedy nie mamy podziału na dwa wielkie obozy polityczne, pozornie żyjemy w sytuacji, że kapitalizm wygrał. Ale po pierwsze nie jest tak, że to system dobry dla każdego obywatela, a po drugie – on jest bardzo zły dla idei. Najlepiej widać to na przykładzie Hollywood, który zupełnie stracił swoją moc, jakość i znaczenie.
Argument, że w kapitalizmie wygrywają najlepsze idee nie jest prawdziwy. Żeby pokazać, że jest inny pomysł na organizację całości – nieważne czy jest to socjalizm, czy coś kompletnie odjechanego – np. idea kosmicznych farm. Ważne żeby przeciwstawić utopię materializmowi kapitału. Czego nienawidzę w tym systemie to właśnie jego materializmu. Nie ma tu miejsca na nic większego niż „dostaniesz dokładnie to, co widzisz”. Moją propozycją jest „widzę to, co jest niemożliwe do zdobycia”. Chcę tego, w kierunku czego mogę się zbliżyć, ale czego nigdy nie osiągnę.

Muszę też przyznać, że wstrząsnęła mną twoja wersja piosenki „Hello” Lionela Richie, którą nagrałeś jeszcze w latach 90.

Ona mnie prześladowała. W kółko słyszałem ją w niemieckim radiu, niemożliwe było się przed nią ukryć. Postanowiłem więc wziąć rewanż. Przekomponowałem tę piosenkę, zmieniłem tekst, każde „ty” w tekście zmieniłem na „ja”. Nagle tekst tej piosenki staje się bardzo neurotyczny i autorefleksyjny. Z piosenki miłosnej robi się jakieś narcystyczne wyznanie pełne lęku i cierpienia. [listopad 2013]