
Field Music Tones Of Town Memphis Industries 2007
Jeśli komuś nie znudziły się jeszcze tuziny kapel zrzynających z post-punka przełomu lat 70 i 80, to trio Field Music (z Sunderland pochodzą też najciekawsi chyba wśród epigonów new wave, The Futureheads) nie powinno mu przeszkadzać. Zresztą szufladkowanie tej grupy jako bezmyślnych naśladowców jest dość niefortunnym skrótem myślowym. Owszem, specyficzne podcięcie rytmu, przeplatanie nerwowych riffów gitary z popowymi motywami chwilami bardzo przypomina nowafalowe XTC, ale zespół rozwija twórczo te inspiracje. Wszystko jest poprowadzone w elegancki i ciekawy sposób. Początkowe kilkanaście sekund albumu przywołuje np. minimalizm Steve'a Reicha. Subtelne chórki przypominają The Zombies, gdzieniegdzie zespół dodaje szczyptę psychodelii. W dużych ilościach pojawiają się skrzypce, pianino i... bitboxerzy, czyli ludzie naśladujący głosem dźwięki perkusji i innych instrumentów.
Okładka Tones Of Town, podobnie jak najlepszego brytyjskiego singla lat 90., "Common People" grupy Pulp, przedstawia zdjęcie zapyziałej wyspiarskiej jadłodajni-lunchowni. Field Music lubią rzeczy proste, zwyczajne, codzienne. Także teksty wydaja się kalka z britpopowej melodramy (to co masz / jest wszystkim czego potrzebujesz) z domieszką typowo wyspiarskiej ironii i zestawu mądrości życiowych. Kapela wydaje się idealnie skrojona pod tamtejszy rynek. Jak widać taka charakterystyka nie zawsze równa się najgorszej obeldze. Trzeba bowiem oddać Field Music, że minimalnymi nakładami uzyskują rewelacyjne efekty. Nie wiem np. ile kosztował teledysk do singla "In Context", ale raczej nie są to duże pieniądze. Składa się on bowiem z jednego ujęcia kamery filmującej czyjaś rękę bazgrząca pisakiem na ścianie. Dopiero po odjeździe kamery w ostatnich sekundach widać grafikę, która w ten sposób powstała. Proste, bezpretensjonalne, zaskakujące - tak jak piosenki na Tones Of Town. Podobnie jak większość płyt ukazujących się pod skrzydłami Memphis Industries – m.in. The Go Team i The Pipettes - utwory rodzeństwa Davida i Petera Brewisów mają charakterystyczne, naturalne brzmienie.
Ale czy nie mam zbyt małych wymagań? I czy komukolwiek potrzebna jest jeszcze jedna dobra płyta nowofalowa? Chodzi w tym wypadku o kontekst. Początek 2007 zapowiada się w brytyjskim rocku niezależnym dramatycznie nudno. Na tle usypiających po dwóch piosenkach gwiazdek z "NME" w rodzaju The Klaxons, odgrzewanych jak kilkudniowe schabowe piosenek Long Blondes, czy nad-ambitnych, i równie przynudzających młodych gwiazd probujących grać stadionowego rocka – jak Bloc Party – Field Music prezentują się bardzo korzystnie.
["Lampa", wiosna 2007; myliłem się co do Klaxons, nie jakoś radykalnie, ale jednak]






