dlaczego tak rzadko (from top of my head: Waszka G, Obrońcy Hardkoru, Smarki, Molesta, "Życie Warszawy", "Co z tego masz", Kandydaci na szaleńców, Sport LP) polski rap bywa tak poruszający i przynosi tyle emocji?
poniedziałek, 27 lutego 2012
czwartek, 2 lutego 2012
your world is night
http://thequietus.com/articles/07838-the-new-bleak
wreszcie ktoś popełnił długo oczekiwany przeze mnie esej o tym, czemu w ostatnich latach w popkulturze coraz więcej jest ponuractwa. zjawisko nieudolnie sugerowałem tutaj
w nawiązaniu do tego tekstu Reynolds na swoim blogu przybliża zjawisko włoskiej psychodelii okultystycznej... http://blissout.blogspot.com/2012/01/why-so-glum-chums-interesting-piece-by.html
wzmiankowana w Quietusowym tekście Grouper... dopiero w ten weekend doczytałem art. o niej w "The Wire", historię dorastania w sekciarskiej chrześcijańskiej wspólnocie w północnej Kalifornii i wpływie tego doświadczenia na mroczny ambientoidalno-folkowy klimat.
na pewno znalazłoby się sporo muzyczno-biograficznych podobieństw z Julianną Barwick, punkt dojścia zupełnie inny, nieodmiennie kojarzący mi się z klimatem filmu "Drzewo życia", wciąż o Liz Harris i o Juliannie Barwick można powiedzieć to samo - cytując jedną z recenzji, this is music that takes you places
Etykiety:
ambient,
folk,
Grouper,
Julianna Barwick,
Quietus,
Simon Reynolds
środa, 18 stycznia 2012
Lana Del Rey hate

Del Rey, after all, isn't the first to take more than one shot at finding a pop persona that worked. Imagine a 1969 Internet reacting to David Bowie's breakthrough with "Space Oddity"—a single as mannered, languid, and beguiling as "Video Games," and a performer as in love with artifice and with plenty of past to dig up. Would his career have benefited from blogs tearing apart his inconsistency and torrents bundling his hit with "The Laughing Gnome"?
Tom Ewing rozsądnie o Lizzie Grant w notce dla Village Voice
http://www.villagevoice.com/2012-01-18/music/lana-del-rey-lights-up-the-internet/
Etykiety:
krytyka muzyczna,
Lana Del Rey,
Tom Ewing
niedziela, 8 stycznia 2012

Vreen Good Luck Ro-man Radio Rodoz
Jandek, Daniel Johnston, Mark E. Smith, Dariusz Dudziński, Wojcek Czern, Piotr Maciejewski... A priori odczuwam sympatię do outsiderów z twórczym ADHD, nawet jeśli nie przed całym ich dorobkiem padam na kolana. Wystarczy jednak to przeczucie, że dany "podmiot artystyczny" w każdej chwili może olśnić.
Nie inaczej jest z Mateuszem Kunickim. Unikalna etyka pracy, klimat, kreatywność, słodkie chwytliwe melodie, poruszające teksty, brak perfekcji jako element estetyki. Wszystko to powoduje, że kolejne projekty Kunickiego składają się w jedną z najbardziej ujmujących "karier" na polskiej scenie ostatniej dekady.
Kolejna już płyta projektu Vreen to z pewnością duży krok naprzód. Paradoksalnie, jej geneza jest wyjątkowo niezobowiązująca. Kunicki założył sobie ułożenie czasie 10 dni ferii zimowych 10 utworów - 1 piosenka dziennie. Wypluł w końcu z siebie 12 utworów plus cover Emiliany Torrini.
Po raz pierwszy posłuchałem Romana na przełomie września i października i leniwe, anegdotyczne banjo a la Sufjan Stevens idealnie zrymowało mi się ze złotą polską jesienią. Taka jest ta płyta - bardzo lokalna i autentyczna we wszystkich tekstowych neurozach i opowieściach o spędzaniu wolnego czasu, relacjach, rozczarowaniach z nimi związanych, i erotycznych fantazjach. "PTTK" to Nerwowe Wakacje plus MKL do kwadratu - historia krajoznawczej wycieczki w okolice Trójmiasta przeplatanej z intymną perspektywą, przejściami związkowymi, zmęczeniem i zniechęceniem życiową sytuacją - całość brzmi poetycko, jednocześnie prawdziwie i smutno. Nie pamiętam tak udanej piosenki po polsku podejmującej kwestie relacji damsko-męskich od tej strony, choć z pewnością na scenie anglojęzycznej są artyści, którzy na ewokowaniu takich melancholijnych stanów rodem z brytyjskich filmów "kitchen sink drama" budowali całe dyskografie.
"Nie sądzę, że coś się tu zmieni / że nagle świetnie zacznie być / przydałby się restart systemu / choć ten jeszcze może być / czuję że czegoś już nie czuję / i gadać już się nie chce się / mecz wygląda na przegrany / choć jeszcze nie rozpoczął się / muszę wyjść" - śpiewa z rozbrajającą szczerością Kunicki w "Nie sądzę". Połowa płyty zawiera takie właśnie, na pozór niezbyt błyskotliwe, jednak do bólu celne obrazki z życia.
Dużo na Romanie śladów muzycznego geekostwa Kunickiego - wycieczek w stronę muzyki brazylijskiej ("Garota"), delikatnego avant-popu a la Jim o'Rourke czy alt-country, a nawet pięknej, romantycznej zamułki a la Sparklehorse czy Cass McCombs ("Ślimaki").
Oczywiście Kunicki nie byłby sobą, gdyby nie odleciał w stronę pastiszu i hermetycznych opowieści, np. o wieczorze spędzonym z grami rpg. Druga część płyty jest słabsza - prawdopodobnie wraz z upływającymi feriami z Kunickiego songwritera uleciało już trochę natchnienie. Końcówka wydaje się już lekko niepotrzebna. Ale to żadna nowość. Może to kwestia tempa pracy, ale Vreen nie nagrał tak naprawdę jeszcze płyty bardzo dobrej, słuchanej przeze mnie na tym samym poziomie zaangażowania od pierwszego do ostatniego utworu. Roman i tak jest z pewnością w ścisłej czołówce jego produkcji, obok "Zapalniczek" i "Szlafrock Superstars" Kevina Arnolda. Na następnej płycie Kunickiego wolałbym jednak - pisałem o tym już 2 lata temu przy okazji płyty projektu Jak Zwał Tak Zwał - delikatnych indie-popów jak "PTTK" czy kompletnie niezauważona "Ballada za 3 złote", a mniej kabaretu.
Etykiety:
indie,
indie pop,
jak zwał tak zwał,
muzyka ściany wschodniej,
Polska,
Vreen
środa, 4 stycznia 2012

Kazik Na Żywo „Bar La Curva / Plamy na słońcu” SP Records
W przeciwieństwie do wielu moich rówieśników nie uważam Kazika Staszewskiego za postać jakoś szczególnie obciachową. Może co najwyżej zużytą i ekscentryczną w nieakceptowalny dla hipsterów sposób. Pewnie, że denerwująca jest piwno-studencka otoczka, juwenalia i absolutny brak stylu. Natomiast sam Kazik to dominator, ucieleśniona charyzma. Jednocześnie ma on na naszym rynku muzycznym taką pozycję, że nie musi absolutnie nic. Jest monopolistą Gdy do miasta przyjeżdża któryś z jego projektów, cała reszta zwyczajnie nie ma szans.
Autor „12 groszy” korzysta więc z przywileju i już nawet nie udaje, że nadąża, „rozwijać się i zmieniać chce” czy że ma coś nowego do powiedzenia. „Nigdy nie wystąpię w programie Kuby Wojewódzkiego. Nie jestem po prostu na tyle błyskotliwy. Żeby sensownie odpowiedzieć na pytanie, muszę się chwilę zastanowić”. Ostatnia, rozbrajająco szczera wypowiedź Kazika idealnie koresponduje z zawartością pierwszej od 12 lat studyjnej płyty KNŻ.. Staszewski ewidentnie próbuje oswoić sytuację twórczej niemocy i w tych staraniach bywa przy okazji całkiem interesujący.
„Nie ścigam się już z nikim, a cały świat obecnie to nic to tylko wyścigi, kto szybciej, kto lepiej, kto więcej, na szczęście odłożyłem sobie trochę pieniędzy” - śpiewa w przedostatnim numerze na „Bar La Curva”. Wiele jego tekstów odsyła do historiozoficznych dysput toczonych na imprezach rodzinnych typu imieniny, chrzciny, wigilia: „gdyby to ulubione słowo polskie”, „po szkodzie mądry Polak moi mili zebrani”. Gdy śpiewa o historii - pod lupę idą narodowi socjaliści i Powstanie Warszawskie (z Hanną Gronkiewicz-Waltz w tle). Poza tym najbardziej obchodzi go szeroko pojęty Los Polski na zmianę z triumfami i klęskami polskich sportowców. Dementuje też pogłoski o sympatii dla którejś z opcji politycznych („nikomu nie cofam poparcia, bo nikomu nie dałem poparcia, NIGDY!”). Mimo totalnej przewidywalności Kazik jako tekściarz o dziwo nie schodzi poniżej pewnego poziomu. W krytycznych momentach ratuje go wrodzona charyzma. Gdyby niektóre z jego tekstów dać zaangażowanej kapeli punkowej, automatycznie stałyby się niesłuchalne.
Od strony muzycznej zaskoczeń nie ma. Starsi fani Staszewskiego mogą odebrać ten album jako zdarzenie bezpieczne, oswojone i przewidywalne. Jeśli ktoś zatrzymał się w latach 90., takie numery jak „Czemu, ach czemu”, „Plamy na słońcu” czy nowa wersja „Janka Wiśniewskiego” na pewno go przekonają. KNŻ kontynuuje szkołę samczego rockowego grania (Homo Twist, Apteka), która swoje chwile świetności przeżywała mniej więcej w połowie 15 lat temu. Napisany, nagrany i wyprodukowany w zaledwie 29 dni „Bar La Curva” raczej daleki jest od finezji. Nie ma tu chyba żadnego zaskakującego motywu. Podobno album dzieli się na piosenki metalowe i pop-rockowe. Ja słyszę po prostu zbiór hard-rockowych numerów w średnich tempach (uzupełnionych o 3 tzw. punkowe „czady”), które niespecjalnie nadają się do radia, czego dowodem jest ostatnia awantura z Eska Rock (na sugestię, żeby przysłał okrojoną wersję 6-minutowego utworu, Staszewski wystosował List Otwarty w obronie niezależności artystycznej oraz przysłał ten sam numer... tyle że dwa razy krótszy, bo dwukrotnie przyspieszony). To kolejna płyta, która mimo swojej przeciętności znów pozwoli mu wyprzedawać największe studenckie kluby w mieście.
środa, 21 grudnia 2011
goodbye + good luck
z przykrością ale i pełnym zrozumieniem przyjąłem informację o zamknięciu Machiny w jej niskobudżetowej, pdfowej formie. mimo wszystko 6 lat funkcjonowania - to prawie tyle samo co czas istnienia pierwszej wersji tego pisma, które jednak coś w polskiej popkulturze zmieniło.
patrząc na ten fakt szerzej, nie widzę argumentów przeciwko temu, że prowadzenie takich projektów, mających charakter komercyjny i dających różnym tam osobom z ambicjami kulturalno-dziennikarskimi zarobić, a próbujących "organizować dyskurs" (za Marcinem Nowickim), ma w obecnej dekadzie jakikolwiek sens. zresztą, who cares
Violetta Villas, Amy Winehouse, R.E.M., Sonic Youth, Machina, Vaclav Havel, Kim Dzong Il, wiara w neoliberalizm - ewidentnie druga połowa roku 2011 była okresem, w którym zniknęło ze świata sporo zjawisk zajmujących moją osobistą przestrzeń mentalną, ale też popkulturę... w sumie jestem pewien że również tego bloga chcę zamknąć i zacząć coś na nowo. jego nazwa śmierdzi mi od samego początku, kojarzy się z czymś ultrakonserwatywnym (szafy grające jako stały gadżet knajp z lat 80. udających lata 50. ), źle się ją wymawia, mam wrażenie że pod taką nazwą z czystym sumieniem mógłby się podpisać redaktor "Q", fan The National i R.E.M. i Elvisa Costello...(nie żebym nie lubił kilku płyt pana McManusa)
ok, to moja recka Washed Out, z wakacyjnego numeru Machiny-tygodnika, całkiem miła recka
Washed Out Within And Without Sub Pop
4/5
Era wielkich zespołów-instytucji (Radiohead, R.E.M., Coldplay) już dawno za nami. Dziś najciekawsi wydają się być niepozorni, działający w zaciszu domowego studia producenci. Odpowiedzialny za Washed Out, Ernest Greene pierwszy piosenki na potrzeby projektu pisał latem 2009 roku i chyba nie traktował tego hobby zbyt serio. Jednocześnie szukał bowiem „poważnej” pracy i brał ślub. W tym samym czasie uwagę blogów przykuł jego kumpel, Chaz Bundick czyli Toro Y Moi, wciąż w różnych miejscach ogłaszany zbawcą muzyki pop. Obaj wydawali się dostarczać muzykę idealną na czas ekonomicznego kryzysu - nie wymagającą specjalnej identyfikacji, obiecującą za to młodym ludziom ucieczkę w miłe rejony, tj. na plażę, na wakacje, do czasów dzieciństwa zachowanego na polaroidach i w zapomnianych samplach z lat 80. Sztandarowy utwór Bundicka, leniwie płynąca „Blessa” wprost opowiadał o egzystencji amerykańskiego dwudziestolatka: i found a job / i do it fine / not what i want / but still i try
Minęły dwa lata temu i letni chłopcy postanowili się jednak ogarnąć. Bundick nagrał stylowy, zanurzony w latach 70., album. Ernest Greene zaprosił na swój debiut producenta, współodpowiedzialnego za sukces ostatnich płyt Animal Collective i Deerhunter. Podpisał też kontrakt z legendarną wytwórnią Sub Pop. W przeciwieństwie do randomicznie wybranych fot z polaroidów zdobiących jego EP-ki, na okładce „Within And Without” widzimy akt seksualny bardzo ładnych i dobrze sfotografowanych ludzi. Krótki research mówi nam, że to fotografia z „Cosmopolitan” ilustrująca jakieś łóżkowe porady. Taka jest właśnie różnica między Washed Out sprzed dwóch lat a obecnym. Greene sprofesjonalizował działania i z trybu lo-fi przeszedł do hi-res. Pojawiają się nawet partie sekcji smyczkowej i afrykańskie perkusjonalia. Greene przemawia obecnie raczej do publiczności dużych, modnych festiwali (w rodzaju Primavery) niż do wtajemniczonych polujących na wydane w limitowanym nakładzie kasety magnetofonowe. „Within and Without” nagrano z pełnym zespołem. O ile wcześniej postać lidera Washed Out mogła się kojarzyć z wariatami w rodzaju wczesnego Ariela Pinka (który podobnie jak Greene swój ostatni album nagrał z regularnym składem instrumentalistów) czy Steviego R. Moore'a (27 i 28.07 gra koncerty w Polsce), teraz bliżej mu do rozmarzonego synth-popu Cut Copy czy łagodniejszej wersji Friendly Fires. Od obu tych składów Greene jest jednak bardziej melancholijny. Tym nastrojem potrafi grać jak nikt inny. Dlatego „Within and Without” to idealny podkład na urlopowy chill, imprezowy „bifor” czy podobne okoliczności. A że do końca wakacji pozostało jeszcze trochę czasu i aura może wreszcie zacznie nas rozpieszczać, warto stestować urok tej płyty w sprzyjających okolicznościach przyrody.
patrząc na ten fakt szerzej, nie widzę argumentów przeciwko temu, że prowadzenie takich projektów, mających charakter komercyjny i dających różnym tam osobom z ambicjami kulturalno-dziennikarskimi zarobić, a próbujących "organizować dyskurs" (za Marcinem Nowickim), ma w obecnej dekadzie jakikolwiek sens. zresztą, who cares
Violetta Villas, Amy Winehouse, R.E.M., Sonic Youth, Machina, Vaclav Havel, Kim Dzong Il, wiara w neoliberalizm - ewidentnie druga połowa roku 2011 była okresem, w którym zniknęło ze świata sporo zjawisk zajmujących moją osobistą przestrzeń mentalną, ale też popkulturę... w sumie jestem pewien że również tego bloga chcę zamknąć i zacząć coś na nowo. jego nazwa śmierdzi mi od samego początku, kojarzy się z czymś ultrakonserwatywnym (szafy grające jako stały gadżet knajp z lat 80. udających lata 50. ), źle się ją wymawia, mam wrażenie że pod taką nazwą z czystym sumieniem mógłby się podpisać redaktor "Q", fan The National i R.E.M. i Elvisa Costello...(nie żebym nie lubił kilku płyt pana McManusa)
ok, to moja recka Washed Out, z wakacyjnego numeru Machiny-tygodnika, całkiem miła recka
Washed Out Within And Without Sub Pop
4/5
Era wielkich zespołów-instytucji (Radiohead, R.E.M., Coldplay) już dawno za nami. Dziś najciekawsi wydają się być niepozorni, działający w zaciszu domowego studia producenci. Odpowiedzialny za Washed Out, Ernest Greene pierwszy piosenki na potrzeby projektu pisał latem 2009 roku i chyba nie traktował tego hobby zbyt serio. Jednocześnie szukał bowiem „poważnej” pracy i brał ślub. W tym samym czasie uwagę blogów przykuł jego kumpel, Chaz Bundick czyli Toro Y Moi, wciąż w różnych miejscach ogłaszany zbawcą muzyki pop. Obaj wydawali się dostarczać muzykę idealną na czas ekonomicznego kryzysu - nie wymagającą specjalnej identyfikacji, obiecującą za to młodym ludziom ucieczkę w miłe rejony, tj. na plażę, na wakacje, do czasów dzieciństwa zachowanego na polaroidach i w zapomnianych samplach z lat 80. Sztandarowy utwór Bundicka, leniwie płynąca „Blessa” wprost opowiadał o egzystencji amerykańskiego dwudziestolatka: i found a job / i do it fine / not what i want / but still i try
Minęły dwa lata temu i letni chłopcy postanowili się jednak ogarnąć. Bundick nagrał stylowy, zanurzony w latach 70., album. Ernest Greene zaprosił na swój debiut producenta, współodpowiedzialnego za sukces ostatnich płyt Animal Collective i Deerhunter. Podpisał też kontrakt z legendarną wytwórnią Sub Pop. W przeciwieństwie do randomicznie wybranych fot z polaroidów zdobiących jego EP-ki, na okładce „Within And Without” widzimy akt seksualny bardzo ładnych i dobrze sfotografowanych ludzi. Krótki research mówi nam, że to fotografia z „Cosmopolitan” ilustrująca jakieś łóżkowe porady. Taka jest właśnie różnica między Washed Out sprzed dwóch lat a obecnym. Greene sprofesjonalizował działania i z trybu lo-fi przeszedł do hi-res. Pojawiają się nawet partie sekcji smyczkowej i afrykańskie perkusjonalia. Greene przemawia obecnie raczej do publiczności dużych, modnych festiwali (w rodzaju Primavery) niż do wtajemniczonych polujących na wydane w limitowanym nakładzie kasety magnetofonowe. „Within and Without” nagrano z pełnym zespołem. O ile wcześniej postać lidera Washed Out mogła się kojarzyć z wariatami w rodzaju wczesnego Ariela Pinka (który podobnie jak Greene swój ostatni album nagrał z regularnym składem instrumentalistów) czy Steviego R. Moore'a (27 i 28.07 gra koncerty w Polsce), teraz bliżej mu do rozmarzonego synth-popu Cut Copy czy łagodniejszej wersji Friendly Fires. Od obu tych składów Greene jest jednak bardziej melancholijny. Tym nastrojem potrafi grać jak nikt inny. Dlatego „Within and Without” to idealny podkład na urlopowy chill, imprezowy „bifor” czy podobne okoliczności. A że do końca wakacji pozostało jeszcze trochę czasu i aura może wreszcie zacznie nas rozpieszczać, warto stestować urok tej płyty w sprzyjających okolicznościach przyrody.
Etykiety:
archiwa,
chillwave,
krytyka muzyczna,
Machina,
Polska,
pop,
prasa muzyczna,
R.E.M.,
Sonic Youth,
Washed Out
Subskrybuj:
Posty (Atom)